Utah-Arizona-Kalifornia-Nevada [2003]

4 lipca, Las Vegas

Wakacje rozpoczęliśmy tak jak wszystkie ważne podróże w ciągu ostatnich paru lat, tzn. nie zdążyliśmy się w rozsądnym czasie spakować ani przespać przed wyjazdem. Władowaliśmy się w środku nocy do wynajętego samochodu i pojechaliśmy do Orlando na lotnisko, gdzie o 6 rano mieliśmy pierwszy samolot. Szybka przesiadka w Charlotte, które nie charakteryzuje się chyba niczym specjalnym poza dużym lotniskiem i już jesteśmy w samolocie do Las Vegas. Podsypiamy trochę i gapimy się na ziemię, gdzie właściwie przez całą długą drogę ciągną się pod nami pustkowia: najpierw zielone pola, ale nie tak rozdrobnione i kolorowe jak polskie, potem robi się pomarańczowo, choć wciąż płasko, aż w końcu skaliście i pilot mówi: Patrzcie, ta wyrwa w ziemi po lewej to Wielki Kanion Kolorado. Wyrastające nagle pośród pustyni Las Vegas robi nie mniejsze wrażenie niż kanion, morze domków wyraźnie przeciętych główną ulicą, wzdłuż której stoją wielkie hotele-kasyna.

Przed wyjazdem długo się zastanawialiśmy, gdzie i jaki samochód wynająć na te 16 dni. W Las Vegas jest wielka konkurencja, więc i ceny niższe niż gdzie indziej. Zarezerwowaliśmy w końcu compacta, czyli mały (jak na amerykańskie warunki ;-) ) samochód w firmie Dollar, która miała wprawdzie masę złych opinii w Internecie, wychodziła nam najtaniej - niewiele ponad 300 dolarów.
- Pojedziecie naszym autobusem na nasz parking i wybierzecie sobie samochód z Rzędu I - powiedziała pani zza lady i nawet się ucieszyliśmy, bo lepiej wybrać samemu niż np. znów dostać Chevroleta Cavaliera, który już parę razy nam się trafił i zawsze rzęził i huczał jak ostatni złom. W Rzędzie I nie było jednak ani jednego samochodu, snuło się za to parę grup skonsternowanych klientów. Nie zdążyliśmy się jeszcze za bardzo zdenerwować, gdy pojawił się znudzony facet.
- Wy weźmiecie ten - powiedział i pokazał komuś wielkiego vana stojącego w innym rzędzie - a wy ten. Wy tamten - powiedział do nas i machnął ręką w stronę granatowego SUV-a. SUV-y są niesamowicie popularne w USA, zasadniczo jest to takie coś co wygląda jak jeep i nawet ma napęd na cztery koła, ale stanowi raczej zabawkę dla facetów lub starszych pań. Nawet rozważaliśmy wypożyczenie SUV-a, bo nastawialiśmy się na spanie głównie w samochodzie, ale wszędzie takie samochody były strasznie drogie. A tu trafił się z przydziału, za cenę małego compacta :-))).

Postanowiliśmy najpierw wjechać do miasta, trochę połazić i najeść się. Bo Las Vegas słynie nie tylko z hazardu, ale także z doskonałych bufetów typu all-you-can-eat. Mimo że było to dopiero południe, przez miasto przelewał się tłum ludzi i tłum samochodów. "Przez miasto" to za dużo powiedziane, zatłoczona była właściwie tylko główna ulica The Strip, tuż za rogiem miasto świeciło normalnymi w USA pustkami.

Jak można było się spodziewać po mieście zbudowanym na środku pustyni, było tam strasznie gorąco. Ale zupełnie inaczej gorąco niż na Florydzie, gdzie jest tak wilgotno, że człowiek ciągle się lepi i ledwo dycha. W Las Vegas (i później w górach i kanionach) mimo 45 stopni Celsjusza na termometrach czuliśmy się całkiem nieźle, chodziliśmy bez zmęczenia, tylko okropnie chciało nam się pić, drapało w gardłach, ciekło nam z nosów i łzawiły oczy. W mieście niewiele jest do roboty poza wałęsaniem się po hotelach, gapieniem się na ich wystrój i przegrywaniem pieniędzy w hotelowych kasynach. Jest hotel w kształcie piramidy, jest wieża Eiffela, są weneckie gondole, zamek króla Artura przypominający bardziej budowlę z czołówek filmów Disneya, jest pomniejszony odrobinę fragment Nowego Jorku ze Statuą Wolności i rollercoasterami, są tańczące w takt muzyki fontanny. Wnętrza lobby hoteli zapełniają maszyny i stoły do grania, przy których siedzą tłumy - co nas zdziwiło, tłumy nie tylko podstarzałych pań i panów w garniturach, ale całkiem młodych ludzi. Ci starsi pewnie przegrywają fortuny gdzieś w zacisznych salach, a nie w hotelowym korytarzu. Na maszyny do grania człowiek natyka się wszędzie - w supermarketach, na lotnisku... Nieczuli na pokusy hazardu zadowoliliśmy się wygraniem 50 centów i poszliśmy szukać bufetu. Do jednego z najsłynniejszych, w hotelu Bellagio z okazji 4 lipca udekorowanym monstrualnym orłem, ciągnęła się kolejka zapowiadająca ze dwie godziny stania, poszliśmy więc do innego hotelu i obżarliśmy się po uszy, wypijając przy tym po trzy szklanice herbaty z lodem.

Efekt był taki, że gdy znaleźliśmy się w sklepie z zamiarem kupienia jedzenia na najbliższe parę dni, nie mogliśmy już na żarcie patrzeć. Wzięliśmy tylko dwie paczki meksykańskich placków i dwa serki Philadelphia, za to kilkanaście litrów picia. (Jak się później okazało, słuszny był to wybór, jako że picie znikało w zastraszającym tempie, za to w ogóle nie chciało nam się jeść.)
Wpakowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy w kierunku Utah. Porośnięte suchą trawą i kaktusami pagóry szybko zamieniły się w wysokie skały. Tuż przy granicy stanów szosa weszła w dość przerażającą wąską, krętą i stromą szczelinę wyrąbaną w skalistej górze. Zanim zapadł zmrok, zdążyliśmy wjechać do północnej części Parku Narodowego Zion, zobaczyć kanion Kolob i pierwsze z wielu zwierząt - zająca kicającego beztrosko po szosie. Stromo, cicho i czerwono, ani jednego człowieka, tylko parę samochodów przy początku jakiegoś szlaku. Wróciliśmy na szosę, podjechaliśmy jeszcze kawałek i przespaliśmy się na rozłożonych siedzeniach w samochodzie na wypoczynkowym parkingu przy autostradzie.

szklany sufit w hotelu Bellagio, Las Vegas

5 lipca, Bryce Canyon National Park

W parku Zion, w którego pobliżu spaliśmy, są dwa atrakcyjne szlaki wiodące przez wąskie kaniony, jeden to Subway, a drugi Narrows. Na oba trzeba zdobyć pozwolenie, co w pełni sezonu nie jest ponoć proste, pomyśleliśmy więc, że lepiej starać się o nie w środku tygodnia. Odpuściliśmy sobie na razie Zion i pojechaliśmy do Kanionu Bryce'a. Ponieważ leży on znacznie wyżej, jechaliśmy głównie po drapiących się stromo w górę drogach. Okazało się przy tym, że nasz samochód ma uszkodzoną automatyczną skrzynię biegów i ledwo ciągnie podjeżdżając pod górki (ale wytrzymaliśmy z nim do końca, nie miał na szczęście więcej irytujących wad). Po drodze nie brakowało pięknych widoków, takich jak np. Czerwony Kanion o ceglastych ścianach jaskrawo odcinających się od nieba. Miasteczek tam prawie nie ma, jest za to pełno zwierząt - choć nie minęła jeszcze nawet doba, odkąd tu jesteśmy, już widzieliśmy przy szosie trzy zające, jelenia, dzikie indyki i coś co przypominało pieska preriowego.

W parku kupujemy sobie za 50 dolarów roczną kartę wstępu do wszystkich parków narodowych w USA, bo w ciągu najbliższych 2 tygodni mamy zamiar zobaczyć ich z dziesięć. Przez środek idzie jedyna szosa, wzdłuż której znajduje się kilkanaście punktów widokowych; wielu turystów (hmmm... zdecydowana większość?) jedzie tylko od punktu do punktu i ogląda widoki, nie wyłączając nawet silnika samochodu na kolejnych parkingach. Są jednak także i tacy, co ładują do plecaków butelki z wodą, a nawet małe dzieci i schodzą w dół kanionu. Kanion nie wygląda jak słynny Wielki Kanion Kolorado, raczej jak rozległa, najeżona skałami dolina. Dołem idzie sieć kilkugodzinnych szlaków, bardzo fajnie zaprojektowana, bo poszczególne trasy można ze sobą łączyć i nie trzeba wracać na górę tą samą drogą, co zwykle jest nudne. Wybieramy połączenie szlaków Queen's Garden, Peekaboo i Navajo, które razem dają z 11 kilometrów - akurat jak na pierwszy dzień. Złazimy, bo choć widok z góry zapiera dech w piersiach, to warto zobaczyć to wszystko z bliska. Na dole tłoczą się charakterystyczne dla Kanionu Bryce'a hoodoos (fajne słowo, prawda?) - pasiaste, pomarańczowe, miodowe, różowe i białe kolumny wyrzeźbione przez wodę i wiatr niesamowicie wyglądające na tle nieba, które wydaje nam się tak niebieskie jak nigdzie indziej. Miliony lat temu było tu wielkie jezioro, do którego rzeki naniosły najróżniejszych sedymentów. To wszystko osiadło na dnie i stworzyło skałę w różnobarwne paski, których kolor zależy od składu chemicznego naniesionych warstw. Potem woda zniknęła, a zaczęły się gwałtowne ruchy tektoniczne, ziemia wypiętrzyła się, poprzesuwała i popękała w kratkę. Rozpuszczanie się i zamrażanie wody pogłębiło kratkę, a deszcze wyrzeźbiły w słabej skale najpierw ściany, potem wysokie wieże, jakby wielkie figury szachowe. Żaden przewodnik nie zapomina dodać, że erozja ciągle trwa, więc mamy szczęście żyć w czasach, kiedy możemy podziwiać Bryce Canyon, który prędzej czy później rozsypie się i zniknie.
Idziemy więc podekscytowani po zapylonych ścieżkach, z głowami zadartymi do góry, upał na szczęście nie dokucza nam za bardzo. Na Florydzie przy 40 stopniach człowiek by umarł, gdyby miał przejść 11 kilometrów, drapiąc się po górkach, tutaj wystarczy ciągle pić i pić. Zabawne, że mimo pochłaniania masy wody, ani nie chce się siku, ani się nie pocimy. Wszystko natychmiast paruje, a łazi się przyjemnie. Cienia jest mało, najwięcej w tzw. Wall Street - wąskim przejściu między strasznie wysokimi ścianami.

Po paru godzinach chodzenia oczywiście objechaliśmy jeszcze wszystkie punkty widokowe. Zabawne, bo ciągle spotyka się tych samych ludzi, ponieważ wszyscy jadą tą samą trasą i zatrzymują się w tych samych miejscach. Zaobserwowaliśmy czerwonego pick-upa, z którego na każdym przystanku wysypywała się matka z gromadką dzieci z aparatami fotograficznymi, a ojciec, wyraźnie znudzony, zostawał i chłodził się w aucie.
- Mogę zrobić zdjęcie tacie w samochodzie? - zapytał synek za którymś razem i dostał od mamy w ucho. :-))))
Gdy raz się nie zatrzymali, wyobraziliśmy sobie, że pewnie w końcu ojciec wygrał w dyskusji, że po co co chwilę wyłazić z klimatyzowanego samochodu i patrzeć na to samo.
A wcale nie było to to samo, bo z jednego punktu widać było wielki łuk, z innego - tłumy hoodoos, z następnego dziury w jasnej skale przypominające wnętrze ula albo - jak kto woli - rzymskie Koloseum. Po raz pierwszy zobaczyliśmy najstarsze sosny świata - ale o nich jeszcze będzie później. No i jak zwykle wypatrywaliśmy kwiatków - rosną przecież nawet w najbardziej niegościnnych okolicach.

Opuściliśmy Kanion Bryce'a (aha, Bryce to był stolarz, który mieszkał w pobliżu pod koniec XIX wieku, dlatego ludzie nazywali wtedy to miejsce "kanionem Bryce'a". Bryce ponoć w ogóle nie zauważał jak tu pięknie, tylko narzekał, że trudno krowy paść), opuściliśmy więc Kanion Bryce'a Szosą nr 12, jedną z najatrakcyjniejszych w USA jeśli chodzi o widoki. Najpierw przejeżdżamy przez miasteczko Tropic nazwane tak ponoć z powodu łagodnego klimatu. Wbrew nazwie przez Tropic przechodzi akurat jakaś lokalna burza, trzęsie samochodami i przewala przez szosę chmury pyłu. Dalej na drodze nie spotykamy prawie nikogo i powoli mijamy bezkresne ponure szare skały. Czytamy, że gdzieś w bok odchodzi droga poprowadzona między dwiema przepaściami i postanawiamy tam skręcić. Droga nijak nie jest oznaczona, więc wybieramy jakąś na chybił trafił. Asfalt szybko się kończy, samochód ślizga się po kamieniach i ja mam szybko tej drogi dosyć, tym bardziej że robi się ciemno - nienajlepsza pora na ekwilibrystykę nad przepaściami. Już w zupełnych ciemnościach trafiamy na kemping, gdzie zastajemy parę jeepów i ich właścicieli przy uginających się pod żarciem stołach. Obok huczy strumień, z ogłoszeń wnioskujemy, że nadający się do kąpieli, ale nie sprawdzamy tego po nocy - rozbijamy namiot z zamiarem wstania o świcie.

Queen's Garden Trail, Bryce Canyon National Park

6 lipca, Capitol Reef National Park

Strumień jest płytki i kamienisty, a poranek zimny, więc nie nawet nam nie przychodzi do głowy, żeby się moczyć. Pakujemy się do samochodu i drapiemy się powoli po cienkiej i nierównej drodze w stronę obiecanych przepaści. Cała okolica nazywa się Box-Death Hollow Wilderness Area, a droga równie zachęcająco - Hell's Backbone. Przepaście są przerażające (szczególnie gdy wschodzące słońce świeci nam w oczy i nie widzimy drogi...), ale troszkę jednak przereklamowane. Tylko w jednym miejscu rzeczywiście ma się je po obu stronach (i poniżej ;-) ) - na małym drewnianym mostku rozpiętym między skałami.

Przepaście obejrzane, opuszczamy więc diabelską drogę, z radością witamy równy asfalt i kierujemy się w stronę parku narodowego Capitol Reef. Na szosę co chwila wyłażą krowy, byki wyglądają z lasu i patrzą na nas spode łba - tutaj nie ma tego prawa co na Florydzie, że zwierzęta muszą paść się za ogrodzeniem, wystarczy znak ostrzegawczy i samochody muszą lawirować między krowami.

Wjeżdżamy do Capitol Reef wzdłuż ściany w poziome paski, której część jest taki dziwnie zerodowana, że przypomina ustawione w rządku egipskie mumie. Wszystko wokół ma kolor cegły. Najpierw zaglądamy z góry do kanionu wijącego się jak gęsia szyja. Można tam też chodzić, ale nie mamy na to czasu - wybieramy krótki spacer innym kanionem z wysokimi ścianami - Grand Wash (teraz nie ma w nim wody, ale czasami bywa - tak silna, że wymywa wszystko, co napotka, nazwa jest więc jak najbardziej odpowiednia). Gdzieniegdzie ściany są pełne mniejszych i większych dziur wypłukanych przez wodę. Park okazuje się zaskakująco pusty, nie widać tłumów turystów, które miały w pełni sezonu zalewać wszystkie parki narodowe w Utah. Część z nich spotykamy w korku na końcu parkowej drogi. Droga nie ma już asfaltu i wije się w wąskim przejściu między wysokimi ścianami. Powstała na początku XX wieku, kiedy to jacyś ludzie odwalili z kanionu wielkie głazy, żeby dało się przejechać; potem kamienie trzeba było usuwać po każdej powodzi, bo woda nanosiła nowych.

Na końcu drogi można iść spacerkiem dalej kanionem albo wydrapać się na górę. Drapiemy się tylko my, reszta pasażerów samochodów stojących na parkingu najwyraźniej wybrała wycieczkę po płaskim, bo nie widzimy po drodze nikogo. Szlak wiedzie do stóp jaskrawożółtego czubka góry - Złotego Tronu.

Tam gdzie jest teraz park Capitol Reef, stało kiedyś miasteczko Fruita, którego mieszkańcy mieli m.in. sady. Park narodowy utrzymuje te sady przy życiu i można sobie w nich zbierać owoce: tyle ile zjesz na miejscu, jest za darmo, więcej "na wynos" można sobie kupić. Niestety schodzimy z gór za późno i bramki sadów są już zamknięte. Oglądamy za to pierwsze w naszym życiu indiańskie petroglify przy szosie wychodzącej z parku.

Jedziemy dalej między najróżniejszymi skałami, które po jakimś czasie zamieniają się w szarą pustynię. Na drodze poza nami nie ma prawie nikogo - i tak dojeżdżamy na parking przy autostradzie w pobliżu parku narodowego Arches, gdzie znowu śpimy w samochodzie.

koniec szlaku pod Golden Throne, Capitol Reef National Park

7 lipca, Arches National Park

Arches, czyli Łuki. Zwiedzanie parku z grubsza polega na jeżdżeniu wzdłuż jedynej szosy i krótszych lub dłuższych spacerach do kolejnych łuków. My kontynuując naszą strategię jednej dużej i atrakcyjnej wycieczki na park, postanawiamy zobaczyć część nazwaną Fiery Furnace - Ognisty Piec. Można tam albo iść ze strażnikiem parkowym i tabunem innych turystów, albo zdobyć zezwolenie i zwiedzać samemu. Strażniczka parkowa zniechęca nas jak może do samotnej wyprawy, że to labirynt... i nie ma oznaczonej trasy... więc się zgubimy... czy już tam kiedyś byliśmy?... że sami nie znajdziemy najciekawszych zakątków... że trzeba się tam wspinać po skałach... że trzeba uważać, gdzie się stawia nogi, by nie zadeptać arcycennej życiodajnej (właściwie życionośnej) gleby... że nie należy wrzeszczeć itd... itp... Trochę to trwało, ale odnieśliśmy sukces :-)
- No dobrze, jeśli się upieracie...
Musieliśmy więc obejrzeć film, gdzie było po pięć razy powtórzone o cennej glebie i o niekrzyczeniu, chodzeniu tylko po gołej skale lub piasku itd... itp..., i musieliśmy wysłuchać drugiej strażniczki, która odfajkowując na kartce powiedziała nam jeszcze raz to samo, aż wreszcie zapłaciliśmy jakieś symboliczne pieniądze i mieliśmy zezwolenie w ręce. Uff...

W Fiery Furnace dwa razy natykamy się na wiedzioną przez strażnika wycieczkę i oddychamy z ulgą, że nie daliśmy się na to namówić. Sami znajdujemy wszelkie atrakcje, takie jak ukryte łuki i tajemne przejścia, czujemy się trochę jak w grze komputerowej i to jest strasznie fajne. Niektóre korytarze między skałami są tak wąskie, że zastanawiamy się, czy strażnicy przed wycieczką sprawdzają obwód brzuchów swoich podopiecznych, żeby któryś nie utkwił na dobre w jakimś przejściu dostępnym tylko dla chudych.

Po paru godzinach eksplorowania Fiery Furnace postanawiamy przejechać się do końca parkową szosą i może zobaczyć parę łuków. Łuki nie wydają nam się zbyt atrakcyjne, więc trochę nam się nie chce, tym bardziej że Arches nie leży tak wysoko jak poprzednie parki, więc jest nieprzyjemnie gorąco. Poza słynnymi łukami Arches to głównie ceglaste skały i wielobarwne pagórki. Człowiek wcześniej myślał, że skała to skała, nic specjalnego, że zwiedzanie paru skalistych parków narodowych jeden za drugim może być strasznie nudne, ale nic z tych rzeczy, skały w każdym miejscu okazują się niewiarygodnie inne.

Obok Arches leży miasteczko Moab, gdzie jemy w a la japońskim fastfoodzie i zgrywamy zdjęcia na CD, a do samego miasta nabieramy dużej sympatii. Oprócz łażenia po okolicznych czerwonych górkach można po nich jeździć rowerem, można też popłynąć kajakiem czy inną jednostką pływającą rzeką Kolorado. Żałujemy bardzo, że nie mamy czasu na wycieczkę kajakiem w kanionie, to musi być niesamowite wrażenie płynąć sobie spokojnie między kilkusetmetrowymi ścianami...

W ostatniej chwili przypominamy sobie o benzynie - a trzeba być ciągle czujnym, bo można nie spotkać stacji benzynowej przez następne sto mil. Zupełnie nie wolno wierzyć mapie, która pokazuje jakieś miasteczka przy drodze - takie miasteczko może okazać się trzema rozpadającymi się lub nawet opuszczonymi lata temu domami i niczym więcej.
Jedziemy samotną drogą wzdłuż rzeki Kolorado łączącą Arches z parkiem Canyonlands (przynajmniej tak nam się wtedy wydaje ;-) ). Zapada zmrok i jakiś facet zwraca nam uwagę, że nie mamy z tyłu świateł - klniemy więc na nasz samochód, który przez cały czas sam włącza jakieś światła, ale jak się okazuje, tylko z przodu. Na szczęście w samochodzie jest instrukcja, a w niej tabelka z superskomplikowanym systemem oświetleniowym, którą staramy się zrozumieć. Robi się ciemno, więc ledwie widzimy petroglify na skale tuż nad szosą. Jedziemy w stronę czegoś, co według naszych informacji ma być kempingiem, a okazuje się kompletnie pustym parkingiem nad rzeką. Istotnie jest to kemping, ale dla domów na kółkach, nie chce nam się na takiej patelni, na dodatek zakomarzonej rozbijać namiotu, więc znowu śpimy w samochodzie. A księżyc jest w pełni.

Fiery Furnace, Arches National Park

8 lipca, Canyonlands National Park, Island in the Sky

Rano okolica nie wygląda już tak ponuro, bo w góry są ładnie pomarańczowe, ale komary ciągle gryzą, więc szybko się wynosimy. Zaraz okazuje się, że droga, która miała prowadzić do Canyonlands, wcale tam nie idzie, akurat w tym miejscu łączą się dwa kawałki naszej mapy i wygląda jakby szosa była, a wcale jej nie ma. Jest za to inna droga, ale bez asfaltu, więc raczej dla samochodów z napędem na cztery koła. Nic o niej nie wiemy, poza tym że idzie przez Długi Kanion, ale mamy zamiar nią przejechać. Kanion jest rzeczywiście cholernie długi, na dodatek wysoki, więc droga cały czas wijąc się nad przepaścią wspina się na przełęcz. Mija nas jakiś facet w jeepie - teraz wiemy, że uśmiechał się do nas złośliwie ;-) Im wyżej, tym gorzej, ja już chyba wolę iść niż jechać, w pewnym momencie przejeżdżamy pod opartym o ścianę kanionu głazem (potem widzimy w Internecie, że wszyscy robią zdjęcia swojego samochodu pod tym kamieniem), aż w końcu zagrzebujemy się w piasku. Do przełęczy niewiele nam brakuje, ale droga może być przecież jeszcze gorsza, więc zawracamy, razem z jeszcze jedną parą, która też utknęła w tym samym momencie. Ciekawe ile osób dziennie stamtąd zawraca? ;-)

Dzięki temu możemy obejrzeć petroglify, które ledwie dostrzegaliśmy poprzedniego wieczoru. A, i jeszcze ślady dinozaura na skale. Musimy zawrócić aż do Moabu, tam tuż pod miastem, koło pola golfowego, także jest skała z petroglifami, której wcześniej nie zdążyliśmy zobaczyć.

Park narodowy Canyonlands składa się z trzech części niepołączonych wewnątrz drogami, najpopularniejsza to Island in the Sky, potem Needles, aż w końcu kompletnie dzika Maze. Są jeszcze rzeki - Kolorado i Zielona, czyli Green River - do nich także nie można się dostać z parku, bo płyną w głębokich rozpadlinach. W Isle in the Sky oglądamy z góry ciągnące się po horyzont kolorowe kaniony i idziemy zobaczyć powstałą w tajemniczy sposób dziurę w ziemi. Tabliczka mówi, że albo to meteoryt, albo sól, oba wyjaśnienia są dość mętne, ale dziura bardzo widowiskowa. Znowu drapiemy się na punkt widokowy, na który nikomu ze współzwiedzających nie chce się iść, bo nie spotykamy nikogo. Widoki są bezkresne i piękne, ale i z bliska skały wyglądają bardzo fajnie, z wyżartymi dziurami wyglądającymi, jakby ktoś w nich mieszkał. Zauważamy, że zaczynamy widzieć na zielono: zielona szosa, zielone ręce, może dlatego, że od paru dni wszystko wokół jest głównie rude?

Po południu przemieszczamy się do części Needles, kawał drogi przez pustkowia. Po drodze - Newspaper Rock (takich skał, które Europejczycy nazwali indiańskimi Gazetami jest tutaj wiele, ale ta chyba najsłynniejsza) z setkami petroglifów wyrysowywanych przez setki lat, bo Indianom jakoś podpasowało to miejsce i ciągle tu wracali i dodawali nowe obrazki. Mamy książkę o petroglifach, więc wiemy, że można je znaleźć także kawałek dalej, w kanionie wyschłego strumienia. Bardzo nam się tam podobało, bo miejsce nie jest chronione żadną siatką czy płotkiem, a obrazki na ścianie ciągną się i ciągną. Długo tam chodziliśmy wzdłuż skały, bo fajnie widzieć petroglify tuż przed swoim nosem, mimo tej dostępności wcale nie zniszczone napisami typu "tu byłem" czy "kocham Betty". Sami niczego nie dotykaliśmy, bo macanie tłustymi paluchami bezpowrotnie im szkodzi.

W parku zdawało się nie być żywej duszy, zastaliśmy za to nowiutką szosę, która zaprowadzila nas do miejsca, skąd zaglądało się do kanionu z oberwanym dnem. Wyglądało to jak urwana przez trzęsienie ziemi autostrada, ale pod spodem było drugie dno i jakby tunel, w którym spokojnie rosły sobie sosny.

Trochę ludzi znaleźliśmy na kempingu, ale nie mieliśmy też żadnego kłopotu z miejscem. Jeszcze raz zadziwiliśmy się, gdzie się podziali ci wszyscy turyści, upiekliśmy sobie meksykańskie placki z meksykańskim serem, który kupiliśmy jeszcze w Las Vegas, ale i tak nie mieliśmy siły ich dojeść, no i wyspaliśmy się komfortowo w namiocie.

Canyonlands National Park, Island in the Sky

petroglify

9 lipca, Canyonlands National Park, Needles

Needles nazywa się Needles z powodu skał, które na horyzoncie wyglądają jak powbijane gęsto szpilki. Rano wybraliśmy się na czterogodzinną wycieczkę, żeby zobaczyć je z bliska. Najpierw trzeba było kawałek podjechać pod górę po starej drodze, potem drapać się wśrod biało-czerwonych skał przypominających grzyby, czasem przeciskając się przez szczeliny - znów tylko dla chudych. Dalej, tam gdzie erozja ich nie zjadła, nad grzybami wznosiły się szpilki. Doszliśmy tak do przełęczy, na której przyjemnie wiało i rozpościerał się widok na kolejne skały przypominające z daleka bliskowschodnie miasto. Po drodze spotkaliśmy tylko jednego turystę, za to multum królików czy zajęcy. Zbyt szybko wypiliśmy wszystko, co nieśliśmy i po powrocie obaliliśmy w 5 minut dwulitrową butelkę soku grejpfrutowego.

W Needles poszliśmy jeszcze zobaczyć miejsce, gdzie pod nawisem skalnym przez lata pomieszkiwali kowboje, a czasem Indianie. Po Indianach zostały tylko piktogramy ledwie widoczne na okopconej setkami ognisk ścianie, po kowbojach - szafki, garnki i puszki po fasoli. Ze źródła, które ich tu przyciągało, ciekło jeszcze trochę wody, znowu natknęliśmy się na królika, ludzi - zero.

Okolica na południe od Canyonlands okazała się zapyziała, najpierw w jednym miasteczku maszyna na stacji benzynowej nie chciała wziąć naszej karty kredytowej, a w dwóch fastfoodach nikt nie obsługiwał, w następnej dziurze z benzyną poszło nam lepiej, ale z żarciem sukces był tylko połowiczny, bo po półgodzinie czekania dostaliśmy hotdogi w suchej bułce bez niczego więcej (wiecie, powinny być ogórki, cebula, a co najmniej sam ketchup!), które na dodatek trzeba było niemal wyrwać z rąk chcącym je ukraść Meksykanom. Następny przystanek zrobiliśmy już na ziemi Navajo, na połączonej z pralnią stacji benzynowej z brudną ubikacją i leżącym na asfalcie Indianinem. Najbardziej jałowa okolica z możliwych, rozrzucone baraki, gdzieniegdzie kasyna, bo Indianom wolno prowadzić przybytki hazardu, generalnie bieda straszna - przygnębiające obrazki, zupełnie nie przystające do historii z czytanych w dzieciństwie książek o Winnetou. Jedziemy przez supernudny amerykański krajobraz, miejscowości typu Many Farms, rany, jakie "many farms" w środku półpustyni, dużo jest tu tylko tanich domów i zardzewiałych samochodów wśród zeschłej trawy i skał.

To już nie Utah, tylko Arizona, bo zmierzamy w stronę Skamieniałego Lasu, czyli Petrified Forest National Park. Zajeżdżamy tam pół godziny przed zamknięciem. Park, jak żaden inny, zamyka się na noc, żeby ludzie nie kradli zamienionego w kamień drewna. Pół godziny ledwie starcza na przejechanie przecinającej park szosy, po drodze postanawiamy więc poczekać do jutra, martwimy się tylko, że nie bardzo wiadomo, gdzie tu spać. Za bramą na drugim końcu parku pojawia się przedziwny biznes: w sklepach po obu stronach drogi można kupić drzewo i inne skamieliny, indiańskie pamiątki i inne takie, wokół leży pełno kolorowego drewna (bo jest ono rozrzucone nie tylko w parku narodowym, ale na wielu kilometrach kwadratowych prywatnej ziemi), stoją cztery dinozaury, jest też wielki zbawienny dla nas napis "free camping". Nie mogło być lepiej :-)

Canyonlands National Park, Needles

10 lipca, Petrified Forest National Park, Route 66

Nocą targają naszym namiotem pustynne wiatry, bo w końcu śpimy na brzegu pustyni, i to nie byle jakiej, ale wielobarwnej Painted Desert. Wstajemy, oglądamy dokładnie dziwne miejsce, gdzie nocowaliśmy. W parku jesteśmy pierwsi, potem dopiero zjeżdża się trochę turystów, m.in. wielki dom na kółkach ciągnący za sobą wielkiego vana - pospolity obrazek, ale ten akurat RV przytarabanił się z... Gainesville, FL (jak i my).

Z drewnem było tak: wywrócone drzewa przypłynęły na teren dzisiejszego parku skądinąd. Okolica wyglądała wtedy jak dzisiejsza Floryda, czyli mokro i błotniście, poza tym wszystko rosło gigantyczne, jak to w czasach dinozaurów. Drzewo utopiło się w bagnie, przez miliony lat zostało przywalone paroma warstwami ziemi, przez jakiś czas było tu nawet morze. Wskutek skomplikowanych procesów chemicznych drewno zamieniło się w kryształy i kamienie półszlachetne i teraz, gdy pokrywające je warstwy zerodowały i rozwiał je wiatr, leżą takie kolorowe na wierzchu. A, w międzyczasie jeszcze popękały na równe kawałki, jakby jakiś drwal pociął je piłą, ale oczywiście nie był to żaden tajemniczy drwal, tylko mróz.

W przyparkowym muzeum najbardziej podobała nam się gablotka z listami od skruszonych turystów, którzy podczas wizyty w Skamieniałym Lesie zwędzili kawałek drewna. Niektórzy oddawali drewienka, ukradzione kilkadziesiąt lat temu przez ciotki i rodziców. Niektórym ciotkom od czasu tego niecnego uczynku ponoć fatalnie wiodło się w życiu, bo zdaje się, że istnieje taki przesąd, że skamieniałe drzewo przynosi nieszczęście. Park jednak pisze, żeby nie brać drzewa nie z obawy przed policją czy klątwą, ale po prostu żeby za parę lat było wciąż co tu oglądać. W pobliżu był kiedyś park z innymi skamielinami, ale musiano go zamknąć, bo turyści wszystko z niego wyzbierali. W Skamieniałym Lesie sporo na szczęście drewna jest pełno, choć był kiedyś pomysł, by zbudować tu młyn i mleć drewno na papier ścierny.

W parku jest jedna szosa i kilka krótkich szlaków. W niektóre miejsca jeszcze niedawno dojeżdżało się samochodem, teraz trzeba podejść, a zlikwidowane parkingi mozolnie zarasta świeża trawka. Tę tendencję wywalania samochodów widać zresztą w wielu parkach narodowych, bo większość z nich rozpacza nad zalewem aut. Nic dziwnego, kiedy niemal do żadnego z 57 parków narodowych USA nie da się dojechać komunikacją publiczną... Sami mieliśmy parę innych pomysłów na te wakacje i niektóre z nich rozbiły się właśnie o to, że bez wypożyczenia samochodu okazywały się nierealizowalne.

Wróćmy jednak do drzew. W towarzystwie jedynie króliczym i jaszczurczym przeszliśmy się po jednym szlaku z długimi pniami, gdzie mogliśmy zobaczyć jak wysokie były skamieniałe drzewa za życia, po drugim szlaku z wielkimi pniami, potem po szlaku z drzewami zamienionymi w kryształ - niestety kryształów należało wypatrywać bardzo uważnie, ponieważ w większości zostały już wydłubane. Niektóre kawałki drewna wyglądały jak świeżo z tartaku, wystarczyło jednak w nie zapukać, by się przekonać, że także zamieniły się w kamień. Czasem miało się wrażenie, że trafiło się do pracowni malarskiej, malarz właśnie wyszedł i zostawił porozrzucane palety z resztkami farb.
Boczną drogą wjeżdżamy na płaską górkę, miejsce nazywa się Blue Mesa i jest nie mniej piękne niż skamieniałe drzewa. Z jednej strony - widok na wielką płaskość z esami-floresami pozostawionymi przez spływającą wodę, z drugiej strony można zejść stromym szlakiem i mieć wokół siebie niezwykłe pagórki w biało-zielono-fioletowe paski. Na koniec zostają nam indiańskie petroglify, na które można popatrzeć niestety tylko przez lunetkę, różowe i zielone wydmy leżącej na północy parku Painted Desert i urokliwy stary hotel pamiętający czasy przechodzącej w pobliżu słynnej Drogi 66

Route 66 ciągnęła się w poprzek całych Stanów od Chicago po Los Angeles i usiana była motelami, restauracjami i najrozmaitszymi atrakcjami. Dziś idą tędy autostrady i droga właściwie umarła, choć część atrakcji pozostała. Np. knajpa, gdzie dostaje się za darmo dwuipółkilowy stek, ale za darmo tylko wtedy, gdy da się radę zjeść go całego, inaczej kosztuje 30 dolarów, czy rząd wbitych nosami w ziemię kolorowych cadillaców. Jedziemy kawałeczek tą trasą i odwiedzamy działający jeszcze sklep Jack Rabbit i upadłą stację benzynową, do której kierowców przyciągały dwie wielkie strzały. To miło, że specjalnie dla tych miejsc zrobiono zjazdy z autostrady, ale i tak mało kto tam zagląda. My niestety musimy skręcić, bo wybieramy się z powrotem do parku Zion wystarać się o zezwolenie. Postanawiamy, że jeśli dostaniemy zezwolenie na fajny szlak w Zionie, to w sobotę idziemy tam, a jeżeli nie, to złazimy na dno Wielkiego Kanionu. Dwa tygodnie nie rozciągną się w nieskończoność, niestety, nie można mieć wszystkiego :-( .

Żeby uatrakcyjnić sobie nudnawą drogę powrotną do Utah, nadkładamy trochę, by zobaczyć kratery i ruiny indiańskiego puebla. Ciekawa sprawa, bo Amerykanie kiedyś to odkopali, zrekonstruowali, co się rozwaliło i nawet strażnicy parkowi tam mieszkali, potem zburzyli to dobudowane, a dziś zastanawiają się, co z takimi fantami zrobić. Indianie Hopi, którzy są potomkami tych, co tu niegdyś mieszkali, zgadzają się na wykopywanie, bo tak zaznajamia się ludzi z ich dziedzictwem, ale z drugiej strony chcieliby, żeby Amerykanie po zbadaniu takiego miejsca zakopali je z powrotem, by razem z pochowanymi tu zmarłymi wróciło do ziemi.

Pod Zion docieramy w środku nocy, na dodatek tracąc godzinę na różnicy czasu między Arizoną a Utah. Parkujemy przy znaku witającym w parku i znowu śpimy w samochodzie.

skamieniałe drzewa, Petrified Forest National Park

Route 66, Arizona

11 lipca, Grand Canyon National Park

Wstajemy jeszcze po ciemku (zresztą właściwie codziennie wstajemy o świcie) i jedziemy do parku ustawić się w kolejce do okienka z zezwoleniami. Po drodze przejeżdżamy przez prawie dwukilometrowy tunel wykuty w skale. Tunel wykuto, gdzy samochody nie osiągały jeszcze monstrualnych rozmiarów, dlatego w ciągu dnia dla każdego domu na kółkach czy autobusu wstrzymuje się ruch, by mógł jechać środkiem.

W centrum parku mimo 6 rano łazi pełno ludzi, co niepomiernie nas dziwi, ponieważ ostatnio byliśmy raczej zdumieni małą liczbą turystów. Jest też oczywiście ziewający ogonek do zamkniętego jeszcze okienka z zezwoleniami. Na Subway - kanion wymyty przez wodę na kształt tunelu metra - już się nie załapujemy, ale dostajemy zezwolenie na jutro do Narrows. Idzie się tam wzdłuż strumienia, przez połowę drogi wręcz w strumieniu, wąskim przejściem między ścianami kanionu. Ale to dopiero jutro, więc tymczasem wracamy do Arizony zajrzeć do Wielkiego Kanionu Kolorado. Przy świetle dziennym oglądamy sobie kawałek pomarańczowego Zionu i pociętą jak szachownica górę, przed którą fotografuje się jakaś wycieczka (uświadamiamy sobie przy tym, że spotkać w USA prawdziwą wycieczkę to rzadkość).

Wielki Kanion ma dwie krawędzie: północną (dokąd się kierujemy) i południową - z centrami turystycznymi i szlakami. W linii prostej dzieli je zaledwie 19 km, ale drogami trzeba jechać ponad 400 km. Na stronę północną przyjeżdża zaledwie 10 procent turystów, a i tak jest ich dużo, z trudem więc wyobrażamy sobie tłumy okupujące stronę południową.

Park stanowczo odradza złażenie na dół i włażenie z powrotem w jeden dzień i straszy (amerykańskie parki narodowe wprost uwielbiają straszyć): "Niektórzy zeszli i weszli. Inni zeszli, weszli i umarli". Na górze, ponad 2500 m n.p.m. są 32 stopnie Celsjusza, ale na dole już 47. Ciężko ponoć wytrzymać ten upał i nienormalną kolejność wycieczki: najpierw na dół, a potem, w pełnym słońcu, na górę. Zrezygnowaliśmy wcześniej ze złażenia na dno kanionu, ale kawałek idziemy. Aż 500 metrów w dół, czyli ponad 1/4 różnicy wysokości między krawędzią a rzeką Kolorado, więc myślimy, że bez większego problemu zrobilibyśmy tę trasę i uszli z życiem. Najgorszy wydaje nam się potworny, niemiłosierny smród mulich kup, które ciągną się po szlaku z gęstością jedna kupa na metr mniej więcej. I pył, bo droga to wymieszany z kupami bury piach. Jak ktoś nie chce leźć na dół na własnych nogach, może rok wcześniej zamówić wycieczkę na mule. Spotykamy taką wycieczkę i mamy małą satysfakcję, że we wspinaczce pod górę jesteśmy szybsi niż muły.
Poza szlakiem na dół na północnej krawędzi Wielkiego Kanionu jest ładny stary pensjonat z domkami z bali wokół - całość wygląda zupełnie jak nie w USA, ale jakiejś Skandynawii. Tyle że w pensjonacie mimo świec i białych obrusów do jedzenia są jak wszędzie hamburgery i pseudowłoskie potrawy. Na punktach widokowych kłębią się ludzie, podsłuchujemy gdzieś: "No to w przyszłym roku na wakacje jedziemy nad Wodospad Niagara!". Statua Wolności i będzie komplet ;-)

Rzekę widać tylko z jednego miejsca, ale sam kanion wygląda imponująco i tajemniczo. Taka krawędź kanionu to niegościnne, wietrzne miejsce, ale mimo to rośnie na niej sporo drzew i bardzo dużo kwiatków, m. in. takie dziwne krzaki mające ponoć cos wspólnego z różą. Jemy jeszcze po misce chińszczyzny i wracamy do Utah (po drodze znowu pełno saren i wielkie ćmy, które rozbryzgują się nam na szybie). O północy zatrzymujemy się z miasteczku, Kanab, gdzie rano Piotrek zostawił nasz sprzęt do mycia na stacji benzynowej (dzień wcześniej w Petrified Forest zgubił butlę soku, ale po nią już nie wracaliśmy). Stacja okazuje się centrum życia tutejszej młodzieży popijającej coca-colę, niewykluczone, że to jedyny otwarty i rozświetlony punkt w mieście. Odzyskujemy szczotki i paste do zębów, jedziemy pod wjazd do Zionu i parkujemy w tym samym miejscu, co dzień wcześniej, mając nadzieję, że nasz niegodny zaufania budzik zadzwoni i zdążymy rano na furgonetkę jadącą na początek szlaku przez Narrows.

Grand Canyon National Park, North Rim

12 lipca, Zion National Park

Wstaliśmy o 4, a o 7 byliśmy na górskim ranczu, gdzie wsród pasących się krów zaczynał się szlak. Od razu powiem, że te 26 km szliśmy 11 godzin. Przez pierwszą połowę drogi udało nam się nawet nie zmoczyć nóg, ale nadszedł w końcu ten nieunikniony moment, gdy drogę zagrodziła nam woda, której nie dało się przeskoczyć ani przejść po kamieniach. Resztę szlaku przeszliśmy w sandałkach, na szczęście woda w porównaniu z fińską i alaskańską prosto z lodowca miała zupełnie akceptowalną temperaturę. Szlak zaczął się nad cieniutkim strumyczkiem, z którego popijały krowy, ale szybko wpadł w głęboki i wąski kanion. Wody początkowo było malutko, czasami zupełnie znikała pod kamieniami, nawet wodospad okazał się kompletnie suchy, jednak ściany kanionu wymyte przez wodę wiele metrów ponad naszymi głowami stanowiły niezbity dowód, że bywa tu strasznie. Strażnicy z Zionu i paru innych sąsiednich parków ciągle przestrzegają przed tzw. flash floods (czy ma to jakiś polski odpowiednik?), kiedy taki byle jaki strumyczek może nagle wypełnić kanion wielką i rozpędzoną wodą zmiatającą wszystko, co spotka na swojej drodze z turystami włącznie.

W części, gdzie potrzebne jest zezwolenie, spotykaliśmy ciagle tych samych ludzi, którzy generalnie szli jednak szybciej niż my, bo Amerykanie mają dziwny zwyczaj pędzenia nie tylko samochodami po drogach, ale nawet piechotą w górach. Potem zaczęły się przychodzące z przeciwnej strony dzikie tłumy sobotnich turystów. Najdalej zaszedł chyba Indianin z żoną i dwójką dzieci - zrobił na nas duże wrażenie, na nim za to zrobiło wrażenie to, że my idziemy aż od 7 rano. W drugiej połowie kanionu szło się już właściwie tylko po kostki lub kolana w wodzie i kamieniach, woda na szczęście rzadko sięgała wyżej niż uda, choć czasem podobno można wpaść i po szyję. Ściany kanionu wznosiły się wysoko i stały bardzo blisko siebie, wyglądało to doprawdy spektakularnie. Pod koniec mieliśmy już jednak serdecznie dosyć kamieni i brnięcia przez rzekę, i z utęsknieniem wypatrywaliśmy przystosowanej dla niepełnosprawnych dróżki nad wodę, na której miał skończyć się nasz szlak.

Wreszcie doszliśmy i natknęliśmy się na jeszcze większe tłumy i multum przeraźliwie grubych wiewiórek. Dociągnęliśmy się do parkowego autobusu (własnym samochodem w głąb parku wjechać nie wolno), który toczył się niewiarygodnie powoli, dając nam ostatnią okazje do pooglądnia wysokich czerwonych skał Zionu vel Syjonu (miejsce to nazwali tak mormoni, stąd odwołanie do Biblii).

Za parkiem poszliśmy zjeść coś do Chińczyka, ale byliśmy tak ledwie żywi, że ciężko nam było wmusić siebie całe porcje. Na spanie pojechaliśmy tym razem do motelu w Cedar City. Nie wiedzieć czemu w 90 procent moteli pracują Hindusi. Ten Hindus był fajny, choć nieźle zakręcony. Rano pokazywał Piotrkowi wielki ostry nóż, czego to ludzie nie zostawiają w motelach...

Zion National Park, Narrows

13 lipca, Nevada

Pora przenieść się do Kalifornii, więc cały praktycznie dzień spędzamy na szosach Nevady. Żeby nie było tak nudno wybieramy słynną z pojawień się UFO Extraterrestrial Highway. Nevada jest niemal tak pusta jak powierzchnia Księżyca, góry, półpustynie, kilka małych trąb powietrznych, czasem rozpadający się dom opatrzony na mapie kółkiem miasta. Pośrodku Szosy Pozaziemskiej leży miasteczko Rachel z jedyną stacją benzynową w promieniu 200 km, reklamowaną przez wiekowe tablice przedstawiające tankujące latające talerze.

Następna rozrywkowa droga prowadzi już przez Kalifornię, górka, dolinka, górka dolinka, czujemy się jak w wesołym miasteczku. Dojeżdżamy do miasta Lee Vining leżącego nad pięknym wielkim jeziorem. Podejrzewamy, że jest sztuczne i jakże się mylimy, jezioro Mono ma co najmniej milion lat i dziwna aktywność wulkaniczna sprawia, że tworzą się na nim niesamowite wysepki o bajkowych kształtach. Szkoda, że nie mamy czasu na kajak :-(. Poza tym pierwsze wrażenia z Kalifornii to zimno i benzyna droga.

Śpimy na kempingu na dole drogi prowadzącej na przełęcz Tioga (3031 m n.p.m.), gdzie jest bramka parku narodowego Yosemite. Na kempingu trzeba schować jedzenie do antyniedźwiedziowego pojemnika, ponieważ w okolicy kręcą się niedźwiedzie plądrujące namioty i samochody w poszukiwaniu ludzkiego żarcia.

Extraterrestial Highway, Nevada

14 lipca, Yosemite National Park, Mount Dana

Plan na pierwszą połowę dnia przewiduje wdrapanie się na drugą co do wielkości górę w parku - Mount Dana, 3979 m n.p.m. Nie ma tam oficjalnego szlaku, bo Amerykanie niezbyt chętnie prowadzą szlaki na szczyty gór. SUV-a zostawiamy na parkingu koło budki wjazdowej do parku, pojemnika antyniedźwiedziowego nie ma, ale decydujemy się zawiesić żarcie na drzewie. Jeszcze tego nam brakowało, żeby niedźwiedź obrobił z jedzenia nasz wynajęty samochód... Poprzedniego dnia naczytaliśmy się wystarczająco o niedźwiedziach, które by dostać się do pachnących im z bagażnika smakołyków, wybijają okna w samochodach, wyrywają drzwi i przekopują się do tyłu przez tapicerkę.

Droga na górę okazuje się różnorodna i przyjemna, choć stroma strasznie. Jak czytamy w naszym starym przewodniku z biblioteki uniwersyteckiej, szlak wytyczył jakiś botanik, tak aby miał jak najmniejszy wpływ na życie górskich roślinek. Aha, wszystko jasne, po prostu najkrótszą drogą do góry! Najpierw przez las sosnowy z jeziorkami, potem przez łąki z morzem żółtych i fioletowych kwiatków, potem przez skały, gdzie uganiamy się z aparatem za świstakami, i w końcu na szczyt po kamieniach w zielono-fioletowe paski porośniętych gdzeniegdzie porostami ;-) i kwiatkami. Pod nami widać jezioro Mono i trzy małe jeziorka, każde w innym kolorze. Widok ze szczytu jest niezwykle urokliwy, na szczęście nie ma tłumów, przed nami weszła samotnie jedna kobieta, potem wchodzi druga dziewczyna (a gdzie faceci?). Robimy sobie nawzajem zdjęcia, potem czytamy z przewodnika o wszystkich górach i jeziorach, które widać wokół nas. Jest ślicznie, nawet kwiatki rosną mimo tych prawie 4000 m - nazywają się "podniebni piloci" i lubią tylko tak wysokie miejsca. Schodząc w dół spotykamy już sporo osób i cieszymy się, że chciało nam się wstać o 5 rano, spotykamy jeszcze parę świstaków i zjeżdżamy kawałek na tyłkach po śniegu, żeby było szybciej i zabawniej. Na dole zaczepia nas facet, któremu Polacy kojarzą się z narodem górołazów i zagina nas swoją wiedzą na temat Wandy Rutkiewicz i innych rodaków-himalaistów.

Resztę dnia postanowiliśmy wykorzystać na jeżdżenie po parku. Wymoczyliśmy się w wielkim jeziorze, którego brzeg przypominał brzeg morza (w parku wolno się kąpać właściwie wszędzie oprócz miejsc, gdzie można zostać zmytym przez wodospad) i poszliśmy zobaczyć pierwsze w naszym życiu sekwoje. Przy niemal równie gigantycznych sosnach ich rozmiar nie robił wielkiego wrażenia, ale wyglądały fajnie, ponadto dwójka młodych ludzi pokazała nam szwendającego się w pobliżu niedźwiedzia. W przeciwienstwie do czerwonych skał w Utah, góry w Yosemite to jasny, łysy granit z setkami pęknięć - miła odmiana. Na koniec dnia upiornie wąską i krętą drogą dojechaliśmy na punkt widokowy Glacier Point, z którego można zajrzeć do głębokiej niezwykle Doliny Yosemite, zobaczyć wodospady i cel naszej następnej wycieczki - Half Dome, chyba najsłynniejszą górę do wspinania tutaj. Już po ciemku znaleźliśmy miejsce na zatłoczonym parkowym kempingu.

Yosemite National Park, Mount Dana

15 lipca, Yosemite National Park, Half Dome

To nasza trzecia rocznica ślubu :-)

Wybieramy się zbyt ślamazarnie i zaczynamy włazić pod górę w stronę Half Dome o 8 rano - to późno. Perspektywa pokonania półtorakilometrowej różnicy wysokości i w ogóle lezienia 26 km wprawia mnie w fatalny nastrój. Złość i marudność przechodzi mi dopiero po jakimś czasie ;-)

Na początku szlak bardzo stromo wspina się wzdłuż dwóch wodospadów tzw. Mist Trail. Autor naszego starego przewodnika pisze, że zależnie od pogody należy założyć na siebie strój kąpielowy lub przeciwdeszczowy, tego dnia nie jest tak źle, wodospady moczą tylko przyjemną mgiełką, widać tęczę. Między nimi stoi spokojnie zielone Szmaragdowe Jezioro (jedno z tych miejsc, gdzie nie wolno się kąpać, żeby nie zlecieć z wodospadu).

Dalej idziemy przez las. Ja pierwsza. Nagle zatrzymuję się jak wryta i cofam o krok:
- Buuuu, niedźwiedź...
- Gdzie?
- No tu, metr od ścieżki...
Metr od nas idzie sobie niedźwiedź. Oczywiście wszystko, co przeczytaliśmy o tym, jak zachować się przy niedźwiedziu, natychmiast ulatuje nam z głowy. Niedźwiedź na szczęście najwyraźniej nas olewa, przez chwilę kopie dziurę w ziemi i idzie dalej swoją drogą. Ładny, taki płowy, co wprawia nas w konsternację, bo ponoć w Yosemite żyją niedźwiedzie czarne (w przeciwieństwie do brunatnych, czyli grizzly o uroczej nazwie łacińskiej Ursus arctos horribilis...), potem dopiero czytamy, że czarny może być czarny, brązowy czy nawet blond :-).

Dochodzimy wreszcie pod Half Dome, gdzie kręcą się już tłumy tych, którzy wyruszyli wcześniej od nas. Sam finisz to drapanie się po skale, najpierw po prymitywnie wykutych schodkach, potem litej skale, aż w końcu staje się pod samą kopułą. Ostatnie kilkaset metrów w górę pokonuje się dzięki drewnianym kołkom i rozpiętym metalowym linom. Z dołu wygląda to przerażająco, bo ściana sprawia wrażenie pionowej, ludzie włażą i złażą w ślimaczym tempie, a niektóre części ubezpieczenia odpadły. Pod skałą leży kolorowa kupa porzuconych rękawiczek, Piotrek bierze parę, ja nie. Drapiemy się do góry. Piotrek, który utrzymuje, że ma lęk wysokości, nie patrzy ani razu w dół, rzeczywiście jest dość strasznie, ale najbardziej przerażają ludzie schodzący w dół, jedni przodem, inni tyłem, uczepieni kurczowo liny, ześlizgujący się na butach, mamroczący pod nosem, jak tu ślisko i jakie to okropne. Ku naszemu zaskoczeniu schodzenie wydaje się nam łatwiejsze od drogi w górę, przepaść nie przeraża nawet Piotrka, który planował złażenie w dół tyłem. Wystarczy mieć dobre buty (nie ślizgamy się ani razu), mocne ręce i nie panikować na wysokości. Baaardzo nam się to podobało. Na szczycie posiedzieliśmy chwilkę, znów porobiliśmy innym zdjęcia, a inni - nam. Mimo że ta góra to goły granit, na szczycie pojawiły się wiewiórki i nawet świstak - zagadka, jak tu wlazły i jak zlezą, przecież nie po linach?

Na dole parę osób grzebie rozpaczliwie pod skałami i okazuje się, że nastąpiła historyczna chwila, strażniczka parkowa zebrała leżące tu ponoć od zawsze rękawiczki stwierdzając, że to śmieci. Schodzimy w stronę samochodu, a że wypiliśmy już wszystko, co mieliśmy, robimy sobie oranżadę z wody ze strumienia, mimo że wszelkie ulotki parkowe straszą, że w wodzie mogą być bakterie i żeby jej bez gotowania czy traktowania chemią nie pić. Bakterie na pewno czasem bywają i wygodnie jest tak pisać, na Alasce ostrzegali tak samo, a woda nam nie zaszkodziła...

Cała wycieczka zajmuje nam 12 godzin i plan świętowania naszej rocznicy dobrym jedzeniem w restauracji i spaniem w motelu bierze w łeb. Najadamy się bagietką z szynką i serem na supermarketowym parkingu, bo cudem udało nam się zdążyć przed zamknięciem sklepu, a śpimy w samochodzie zaparkowanym przy drodze na przełęczy Tioga.

wejście na Half Dome, Yosemite National Park

weszliśmy :-)

16 lipca, Devil's Postpile National Monument, Ancient Bristlecone Pine Forest

Sami tu nie spaliśmy, rano się okazuje, że w tym uroczym miejscu przy drodze stoi parę samochodów, z jednego właściciele wywalili na asfalt wszystkie plecaki, żeby się w środku wyciagnąć, ktoś inny śpi w śpiworze na trawie. Wstajemy pierwsi i jedziemy w stronę lasu, w którym rosną najstarsze sosny. W ogóle są to prawdopodobnie najstarsze żyjące organizmy na świecie, niektóre mają grubo ponad 4000 lat (najstarsza zbadana miała aż 4900, ale okazało się to dopiero po beztroskim jej ścięciu). Po polsku nazywa się toto chyba po prostu sosna długowieczna. Mamy zamiar też spróbować zdobyć zezwolenie na wejście na największą górę USA nie licząc Alaski - Mount Whitney, 4417 m n.p.m. Za bardzo na to nie liczymy, bo rozdają (hmm, gwoli ścisłości sprzedają za 15 dolarów) chyba 130 zezwoleń dziennie, a to najbardziej złażona góra w Stanach. Nie jesteśmy też do końca przekonani, czy chce się nam na nią drapać, bo to wyprawa na cały dzień, a pogoda psuje się pierwszy raz, odkąd tu jesteśmy.

Tymczasem po drodze możemy trochę zboczyć i zobaczyć Devil's Postpile, dziwne skalne słupy o wielokątnym przekroju, które powstały tu kiedyś z zastygającej powoli lawy. Tylko w paru miejscach na świecie zrobiło się coś podobnego. Jedzie się tam przez miasteczko Mammoth Lakes, o którym nie wiemy nic, a okazuje się największym centrum narciarskim w USA. Wygląda trochę jak Austria, nawet akurat trwają prace nad rozwalaniem starego centrum i budowaniem od nowa w alpejskim stylu. Wygląda na to, że do Devil's Postpile nie można pojechać swoim samochodem, trzeba wsiąść w autobus i na dodatek zapłacić po 7 dolarów za "użytkowanie doliny", co wydaje nam się bezczelnym zdzierstwem, ponieważ dolina nic nas nie obchodzi poza państwowym pomnikiem przyrody, który mamy prawo obejrzeć za darmo. Devil's Postpile wygląda niesamowicie. I z dołu, skąd przypomina organy i z góry, gdzie tworzy posadzkę z sześciokątnych płytek. Grzejemy się tam w słońcu przez chwilkę i wracamy do mammoth Lakes. Miasteczko choć jest głównie zimowym kurortem, na lato wcale nie zamiera, sprytnie przeobrażając się w centrum rowerów górskich. Wyciągami i kolejkami narciarskimi wjeżdża się na górę z rowerem i potem wali w dół którąś z wielu przygotowanych tras. Na szczęście wśród amatorów rowerów górskich nie było nikogo, kto chciałby ukraść nasze brudne plecaki, bo na te dwie godziny zostawiliśmy samochód z otwartymi na oścież tylnymi drzwiami.

Po zezwolenie na wejście na Mount Whitney musimy się pofatygować do wioski Lone Pine, zezwolenie dostajemy i nawet nie musimy za nie płacić, choć grzecznie się o to dopytujemy. Potem zawracamy i wąską, krętą drogą wdrapujemy się do miejsca, które upodobały sobie sosny. To nie jest jednak tak, że one lubią takie parszywe warunki, po prostu żyją tam, gdzie inne rośliny nie wyrabiają i nie wchodzą im w drogę. Szosa zaczyna się w dolinie na 1219 m n.p.m., pierwszy las z sosnami jest na 3048 m n.p.m., a drugi, do którego trzęsiemy się dodatkową godzinę polną drogą - na 3414 m n.p.m. Ten wyższy lasek to skalista wietrzna góra rzadko porośnięta sosnami powyginanymi jak najdziwaczniejsze rzeźby. Mają malutkie szyszki i gałęzie przypominające szczotki do mycia butelek, igły zrzucają co 20-30 lat, żeby nie marnować energii na hodowanie nowych. Generalnie strategia przetrwania długowiecznej sosny jest taka: gdy część drzewa zmęczy się już życiem - umiera, ale inna część żyje nadal. W kiepskim roku sośnie przyrasta bardzo mało drewna, odbija to sobie przy dobrej pogodzie, dlatego sosny te okazały się świetnym narzędziem do datowania (po ich słojach świetnie widać, jaka pogoda była tysiące lat temu).

A dziś pogoda jest mokra i bura. W niżej położonym lesie, gdzie rosną najstarsze tutejsze drzewa (ale tego, która jest najstarsza, turystom się nie mówi, żeby drzewa nie molestowali ;-) ), poprowadzono sześciokilometrowy szlak wśród poskręcanych pni, który niemal przebiegamy, bo robi się późno. Gdy wracamy, jest już ciemno, a parking pusty, podgrzewamy więc sobie spokojnie fasolę, choć może nie wolno, po 22 powoli zjeżdżamy do doliny, wjeżdżamy na Whitney Portal, gdzie zaczyna się szlak na Wielką Górę, pakujemy żarcie do antyniedźwiedzich pojemników i śpimy parę godzin w samochodzie.

Devil's Postpile National Monument

Ancient Bristlecone Pine Forest

17 lipca, Mount Whitney

Jeśli ktoś chce zdobyć swój pierwszy czterotysięcznik (jak ja ;-) ) bez większego wysiłku, to zapraszamy. Droga jest niestety nudna jak brazylijska telenowela i nie ma się co spodziewać ekscytujących przygód, lodowych szczelin, łańcuchów ubezpieczających, a nawet fajnie poprowadzonych ścieżek nad przepaściami. Przy odrobinie cierpliwości w ciągnięciu nogi za nogą na Mount Whitney mogą wchodzić i starcy, i dzieci. Sami spotkaliśmy tam i starców, i dzieci.

Większość szlaku jest przystosowana dla mułów i idzie doprowadzającymi do białej gorączki zakosami, w prawo, w lewo, w prawo, w lewo, dzięki którym droga wprawdzie wznosi się delikatnie i niemęcząco, ale jest co najmniej o połowę dłuższa niż mogłaby być. To bite 17 km w jedną stronę (i oczywiście tyle samo z powrotem - a przy zejściu zakosy robią się po prostu nie do zniesienia, bo o ileż szybciej zbiegło by się prostą drogą). Samo wejście zajęło nam 9 godzin. Wyszliśmy o świcie. Najpierw szło się zakosami przez las, który potem powoli znikł i zamienił się w białe skały z zielonymi i granatowymi jeziorami. Bardzo ładne te jeziora, tylko woda upiornie zimna. Równie ładny zaśnieżony wodospad, a raczej pełno malutkich wodospadów, z zieloną łąką i kwiatkami wokoło, gdzie zrobiliśmy sobie przerwę na ciastka. Poza tym miejscem okolica jest już zupełnie martwa, tylko białe gołe skały. Po drodze mijamy dwa pola namiotowe (z wychodkami na baterie słoneczne, w których nie wolno sikać :-) ), dla tych, którzy nie chcą lub nie są w stanie zdobyć góry w jeden dzień. Nad drugim miejscem na namioty, nad wielkim jeziorem, zaczyna się ostre podejście po ponoć dokładnie 100 zakosach, wrrrr... Z drogi góra wygląda imponująco, ostre skały i tak dalej, dopóki nie zobaczy się jej z drugiej strony, gdzie okazuje się kupą nawalonych kamieni. Po tychże kamieniach prowadziła ostateczna ścieżka na szczyt, nie szczędząc sobie kolejnych zbędnych zawijasów. Na górze długo nie posiedzieliśmy, bo na 4417 m n.p.m. nie było za bardzo czym oddychać i kręciło nam się w głowach. Ale kwiatki - znowu "podniebni piloci" - rosły nawet tutaj!

Schodzenie znużyło nas na tyle, że postanowiliśmy przespać się w motelu. Tu niespodzianka - wszystkie motele, a wiele ich w okolicy nie znaleźliśmy, okazały się albo zajęte, bo wakacje i do tego weekend, albo drogie, reklamujące się, że mają SPA i w ogóle luksusy. Zamiast powszechnych gdzie indziej pokoi z jednym obszernym łóżkiem i telewizorem miały jakieś wielkie apartamenty mieszczące wielopokoleniowe rodziny z psami. W końcu w sąsiednim miasteczku Independence w pustawym motelu wynajęliśmy za duży pokój z dwoma podwójnymi łóżkami. Bo choć przed motelem stał tylko jeden samochód, usłyszeliśmy od właścicielki, że wszystkie dwuosobowe są zajęte. Pewno kłamała, ale nie chciało nam się ani kłócić, ani jechać dalej.

wdrapywanie się na Mount Whitney, poranek

18 lipca, Sequoia National Park

Przez góry Sierra Nevada ze wschodu na zachód przechodzi bardzo mało dróg, więc do parku narodowego z największymi sekwojami mieliśmy strasznie daleko.,,, mimo że dopiero co w nim byliśmy, bo Mount Whitney stoi właśnie tam, no ale nie z tej strony, z której rosną drzewa. Pojechaliśmy kawał na południe i skręciliśmy w pierwszą szosę przedzierającą się przez góry. Na początku było fajnie, bo odkrywaliśmy skryte tu przed światem rancza, oglądaliśmy kwiatki przy szosie, ale wkrótce stało się jasne, że droga na drugą stronę gór jest wąska, kręta i upiornie długa. W końcu po zachodniej stronie Sierry zobaczyliśmy zupełnie inną Kalifornię: żółte od zeschłej trawy wzgórza z zielonymi kropkami krzaków, a między wzgórzami sady owocowe, sady owocowe, sady owocowe... Miły to był widok, bo na Florydzie niemal nigdy ich nie widzimy i nie chce nam się wierzyć, że uprawia się tam masę cytrusów. Tak samo na Florydzie trudno spotkać przydrożny stragan z owocami, a tu było ich pełno.

Do parku dotelepaliśmy się dopiero po 17, a od bramki wjazdowej do sekwoi trzeba było się jeszcze bardzo wysoko drapać serpentyniastą szosą. Generał Sherman, największa z nich, ma rzeczywiście imponujące rozmiary, ale w ogóle taki las sekwojowy z młodszymi i zupełnie małymi drzewkami wygląda fajnie, niezwykle. Taka gigantyczna sekwoja ma strasznie małe szyszki, wiecie? Wyglądają jak jajka, ale są jeszcze mniejsze i nic ich nie otwiera poza ogniem, jednym gatunkiem wiewiórki, która na szczęście żre łuski, ale nie nasiona, i jakimś robakiem. W parku zostały "samochodowe" atrakcje sprzed kilkudziesięciu lat, tj. tunel wydrążony w sekwoi, przez który można przejechać, i parking na zwalonej sekwoi. Sekwoje wyglądają, jakby miały stać tu jeszcze tysiące lat i prawdopodobnie postoją (prawdopodobnie dłużej niż stare sosny, które oglądaliśmy wcześniej), bo mało co im szkodzi. Zwykle giną, gdy się wywrócą, bo mają bardzo płytkie korzenie, ale pożary czy robaki w ogóle ich nie wzruszają.

Wkrótce zrobiło się ciemno i zaczęliśmy zjeżdżać, dziwiąc się niepomiernie ludziom, którzy w kompletnych ciemnościach jechali jeszcze na górę. Najpierw zatrzymaliśmy się "na chwilę" tuż za parkiem i pospaliśmy się na parę godzin... Potem ruszyliśmy dalej objechać góry Sierra Nevada tym razem autostradą, o świcie walnęliśmy się spać między tirami stojacymi na zjeździe z autostrady przy miasteczku Tehachapi.

sekwoje, Seqouia National Park

19 lipca, Death Valley National Park

Najedliśmy się z rana na stacji benzynowej i zaczęliśmy wracać na północ. Ta sama szosa, po której na północy kłębią się turyści i gdzie nie mogliśmy znaleźć taniego motelu, idzie tutaj przez kompletne pustkowie, wzgórza z setkami wiatraków, mijając od czasu do czasu opuszczone miasteczka, tzw. ghost towns. Rozsypujące się domy, wraki samochodów, dziurawe tablice reklamowe sprzed lat. Słone wyschnięte jeziora. Tak jechaliśmy do Doliny Śmierci, ostatniego naszego parku narodowego przed Las Vegas.

Dolina Śmierci to najcieplejsze miejsce na Ziemi i rzeczywiście było upiornie gorąco. Parkowa gazetka opisywała pouczającą historyjkę o Niemcu, który poszedł na kilkumilową przechadzkę i już nie doszedł do czekającej nań żony, i tym razem byliśmy w stanie uwierzyć, że można tu umrzeć z gorąca.

Najpierw trzeba było przedostać się przez góry do jednej doliny, potem znowu góry i dopiero właściwa Death Valley. Z nazwą wiążą się losy ludzi, którzy w 1849 roku, nawet nie w pełni lata, bo rzecz działa się w grudniu, chcieli się tędy przedostać do Kalifornii, by szukać tam złota, ale utknęli, nie mogąc znaleźć przejścia przez góry. Kiedy w końcu ktoś ich stamtąd wyprowadził, powiedzieli ponoć: Żegnaj, dolino śmierci, i tak już zostało.

Większość widoków oglądamy więc z klimatyzowanego samochodu: bajecznie kolorowe góry, nad którymi zbierają się burzowe chmury (akurat się nam przytrafiło, normalnie tu w ogóle nie pada) i płaskie, pokryte solą dno doliny. Ja biegnę pochodzić po piaszczystych wydmach - taki typowo pustynny krajobraz jest tu wbrew pozorom niezwykły, potem idziemy zobaczyć "diabelskie pole golfowe", gdzie aż po góry na horyzoncie ciągną się twarde grudy ziemi pokryte nalotem z soli. Wygląda to trochę jak warszawski roztapiający się śnieg. Dojeżdżamy do Badwater, gdzie leży najniższy punkt w USA, ok. 85 m poniżej poziomu morza. Jesteśmy trochę rozczarowani, że prawie nie ma takiej fajnej popękanej soli jak na zdjęciach, chyba dlatego że ostatnio trochę pada. Jest za to kałuża wody, pewnie słonej. Także z powodu groźby deszczu i flash floods zamknięte są dwie ładne drogi przez kaniony. Sam deszcz jest marniutki i szybko przestaje padać.

Pora się zbierać do Las Vegas, włazimy więc jeszcze tylko zobaczyć kolorowe (głównie żółte) górki z Zabriskie Point i jedziemy w stronę parkowej bramy. Ktoś nadjeżdżający z przeciwka mruga do nas, aha, pewnie policja, aha, rzeczywiście policja, aaaa... o rany, co to?! W poprzek szosy wali skotłowana brudna woda, mamy więc okazje zobaczyć, jak wygląda flash flood - z niezauważalnego strumyczka zrobiło się wściekłe błoto, ale policjant mówi, że damy radę, byle jechać lewą stroną drogi. Wjeżdżamy w wodę trochę niepewnie, zaraz przestajemy cokolwiek widzieć, bo błoto mamy na całej szybie, bo oczywiście nie włączyliśmy wycieraczek ale udaje się, nawet było to ekscytujące i zabawne. Zastanawialiśmy się wcześniej, czy myć samochód przed oddaniem, bo był mocno zapylony, a firmy wynajmujące krzywo patrzą na jeżdżenie po nieasfaltowanych drogach... Teraz wszystko jest jasne, wypadałoby go umyć, bo uświnił się aż po dach.

Dojechaliśmy do Las Vegas, znaleźliśmy myjnię, w której w ogóle nie wiedzieliśmy jak się zachować, bo naszego starego cadillaca przez półtora roku nie myliśmy ani razu i nigdy nie byliśmy w myjni. Za pierwszym przejazdem Piotrek nie zrobił niczego, co nakazywała tabliczka "wykręć antenkę - włącz bieg neutralny - zabierz ręce z kierownicy" i był pewien, że zaraz drugi samochód dogoni go i stuknie, za drugim już posłuchaliśmy instrukcji i było lepiej, ale i tak resztki błota trzeba było wytrzeć szmatą.
Na koniec chcieliśmy jeszcze coś zjeść w Las Vegas, ale szybko przekonaliśmy się, jak głupi był to pomysł. Utknęliśmy w gigantycznym korku, z którego ciężko było się wydostać, nie mieliśmy też za bardzo okazji przyjrzeć się rozświetlonym w ciemności hotelom, wokół przemykali policjanci na rowerach, jakaś Murzynka wychyliła połowę cielska z okna samochodu i wydarła się na nas, tłum przelewał się przez chodniki i ulice, no, strasznie tam było. Zwialiśmy czym prędzej na lotnisko.
Na lotnisku sytuacja zupełnie inna niż rok temu. Zniknęły panie w gumowych rękawicach grzebiące w torbach, nie trzeba ściągać butów, nie trzeba nawet pokazywać dokumentów. Lecimy najpierw do Pittsburgha, gdzie z asortymentu sklepów z pamiątkami domyślamy się, że to rodzinne miasto ketchupu Heinz, ma najwyższy w USA budynek szkolny i co najmniej dwie słynne drużyny sportowe. Sporo można się dowiedzieć o mieście z lotniskowych sklepików z upominkami, prawda?

Wsiadamy do samolotu i po kilkudziesięciu minutach wysiadamy, bo coś się zepsuło, tymczasem na lotnisku słychać odwoływanie innego lotu, proszą, żeby przebukować sobie bilety, nasz samolot na szczęście leci, chociaż niepokojąco się trzęsie, o 6 rano jesteśmy w Orlando, gdzie jak zwykle słychać ten sam kawałek muzyki poważnej (już wiele razy byliśmy na tym lotnisku, i zawsze gra to samo) i jak zwykle uderza paskudnie wilgotne gorące powietrze.

Zabriskie Point, Death Valley National Park

po przejechaniu przez flash flood, Death Valley National Park

 

więcej zdjęć z wycieczki na flickr.com:

[powrót]