Floryda [2002-2003]

[dla zaciekawionych inną Florydą niż Disney World i Miami Beach]

Jedziesz na Florydę, aż na dwa lata! Jejku, ale musisz być szczęśliwa - powtarzali zazdrośnie znajomi. - Disney World, Miami, no i te plaże, i nigdy nie zachodzące za chmury słońce...

Withlacoochee River, Pot Spring

Na pierwszej plaży, którą odwiedziłam, ludzie opalali się w towarzystwie swoich samochodów, dla porządku oddzieleni tabliczką z napisem "cars - people" i strzałkami wskazującymi, gdzie parkować, a gdzie leżeć. Dobrze, że chociaż samochody zajmują gorsze miejsce dalej od oceanu - pomyślałam. Miami okazało się mało pociągającą betonową pustynią, a palące słońce przeklęłam tysiące razy. To co miało zachwycać, nie zachwycało mnie wcale, ale szybko odkryłam, że najpiękniejsze miejsca na Florydzie to te, które nie zmieniły się od czasów, gdy pierwsi Hiszpanie postawili stopy na tutejszym wybrzeżu. Przyroda Florydy oferuje tak wiele atrakcji, że przez dwa lata zabrakło mi czasu i ochoty, by zobaczyć przyciągające miliony turystów królestwo Myszki Miki w Orlando.
Latem turyści smażą się na plażach, a większość mieszkańców kryje się w klimatyzowanych domach i samochodach przed dusznym, wilgotnym powietrzem, które powoduje, że po pięciu minutach na zewnątrz pot pokrywa każdego od stóp do głowy. Wytchnienia od wszechobecnej sauny postanowiliśmy szukać nad wodą. Ocean? - Nieee, za gorąco. Lepiej pożyczyć kajak i popłynąć którąś z rzek na północy stanu. Na pierwszą wyprawę wybraliśmy rzekę Santa Fe, zawdzięczającą swą nazwę epoce hiszpańskich konkwistadorów, którzy przemierzali niegościnną, bagnistą i zarośniętą chaszczami Florydę wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu złotych miast i zródła wiecznej młodości.

- Wiecie, Santa Fe to nie jest zwykła rzeka - powiedział nam właściciel wypożyczalni kanu i kajaków w High Springs. - Ma swoje kaprysy, szczególnie teraz w tę straszną suszę. Jeżeli nie będziecie ostrożni, wciągnie was wgłąb ziemi - mrugnął okiem i zaśmiał się. - Na pewno czeka was dużo dobrej zabawy - klepnął nas jeszcze na pożegnanie po plecach i wręczył ksero mapki rzeki z zaznaczonymi atrakcjami czekającymi nas po drodze. Byliśmy bardzo podekscytowani, bo mieliśmy po raz pierwszy zobaczyć źródła, których na Florydzie jest ok. 700, jednak najpierw napotkaliśmy coś wręcz przeciwnego. Po godzinie machania wiosłami rzeka zaczęła się zmniejszać. Z wody wystawały kępy trawy i kamienie, aż wreszcie na którymś z zakrętów zobaczyliśmy ogromny wir, gdzie z głośnym bulgotem znikały resztki wody, zmuszając nas do przepychania kajaka przez podmokłe trawiaste bagienko, w które zamieniło się koryto rzeki. Zjawisko, które wyssało nam rzekę spod kajaka to ponor, zwany przez speleologów pieszczotliwie łykawcem, czyli miejsce, gdzie rzeka daje nura pod ziemię. Północna Floryda jest jednym z największych obszarów krasowych na świecie, więc ponory stanowią częsty elelment krajobrazu. Zwykle są to miejsca dość ponure, więc zwykli śmiertelnicy specjalnie się nimi nie interesują, jednak dla nurków jaskiniowych każda pożerająca wodę dziura w skale może stanowić drzwi do podziemnych labiryntów. Doświadczeni nurkowie z plikiem certyfikatów dają nura do takiej dziury, by po podziemnej podróży wypełnionymi wodą korytarzami wynurzyć się w śródleśnym bajorku zupełnie gdzie indziej.

Przeciwieństwem ponorów - zarówno pod względem geologicznym, jak i czysto estetycznym - są wywierzyska, czyli po prostu źródła. Te florydzkie nie przypominają małych górskich źródełek ciurkających ze skał, które można napotkać na tatrzańskich szlakach. Tutaj spod ziemi biją od razu wielkie rzeki. Silver Springs koło Ocali, jedno z największych źródeł na świecie, wyrzuca z siebie blisko 30 tysięcy litrów wody na sekundę, co z nawiązką starczyłoby na zasilenie sieci wodociągowej miasta wielkości Warszawy. Oczywiście nie wszystkie z kilkuset florydzkich źródeł mają taką moc, ale już z 30 najsilniejszych wypływa tyle wody, co w żadnym innym państwie świata. Woda przefiltrowana przez warstwy piasków i skał jest kryształowo czysta i zdaje się świecić szafirowym blaskiem. Jacques Cousteau przyznał, że nigdzie nie widział tak niezwykle przejrzystej wody jak w Ginnie Springs. Zespół źródeł Ginnie Springs leżący przy rzece Santa Fe jest mekką nurków - przyciąga ich 30 tysięcy rocznie. Na szczęście, żeby cieszyć duszę i ciało pływaniem w źródłach, nie trzeba być profesjonalnym nurkiem, ba, można być nawet tak marnym pływakiem jak ja. Wystarczy rurka, maska i odrobina odwagi, by zakraść się w zupełnie inny świat. Można obserwować ławice ciekawskich ryb, można gonić pod wodą żółwie, można też wstrzymać oddech i spróbować dać nura w kierunku wypluwającej wodę jaskini, by zebrać z dna garść wymytych do białości muszelek. Prąd bywa tak mocny, że zwykle trzeba łapać się podwodnych skał, żeby zbliżyć się do otworu i wystarczy chwila nieuwagi, by wyprysnąć na powierzchnię jak korek od szampana.

Blue Spring, Jackson county

Wybierając się do popularnego źródła, warto wstać wcześnie, by mieć je tylko dla siebie, zanim nurkowie wzniecą piasek z dna i dzieci zaczną skakać z pomostów. Trzeba tylko najpierw uważnie się rozejrzeć i przepędzić aligatory, które lubią zawieruszyć się w trzcinach. Nadźródlanych plażowiczów unikniemy też zimą - wyraźnie ich wtedy ubywa, mimo że przez okrągły rok woda w źródłach ma niezmienną temperaturę ok. 23 stopni, która latem przyjemnie chłodzi, zaś zimą jest znacznie cieplejsza od powietrza. W nagrodę za odwagę rozebrania się do rosołu i kąpieli w grudniowy poranek, gdy temperatura spada niemal do zera, otrzymujemy niesamowitą scenerię tworzoną przez unoszącą się nad wodą parę. Jedyne źródła zatłoczone zimą jak Marszałkowska w godzinach szczytu to te, do których przypływają manaty - wielkie i łagodne wodne ssaki. Zimą woda w oceanie staje się dla nich zbyt chłodna, przypływają więc tłumnie do źródeł. Jednym z ich ulubionych miejsc jest zatoka Crystal River, gdzie przez całą zimę roi się od stateczków wycieczkowych, z których wysypują się do wody dziesiątki nurków. Kilka firm wypływa codziennie na spotkanie z manatami, ale myślę, że warto wypożyczyć kanu samemu i poszukać manatów na własną rękę. To nie jest wcale trudne, bo co parę minut wystawiają nosy nad powierzchnię wody i z głośnym smarknięciem zaczerpują powietrza. Pod wodą ważące 500 kilo i mierzące trzy metry wrzecionowate cielska sympatycznych olbrzymów poruszają się z gracją jak lekkie zeppeliny w powietrzu.

Merritt's Mill Pond

Część źrodeł jest chroniona w parkach stanowych lub stanowi oficjalne kąpieliska - wystarczy kupić bilet, by kąpać się do woli jak w miejskim basenie. Dotarcie do innych wymaga użycia GPS-a, paru godzin wiosłowania, potem pchania kajaka pod prąd wąskim strumykiem, czy przedzierania się na piechotę przez krzaki i pajęczyny. Na miejscu ma się wrażenie, jakby było się jedynym człowiekiem, który tam kiedykolwiek trafił. Wiele źródeł otacza prywatna ziemia i nie można do nich dojechać od strony lądu. Co innego np. kajakiem lub łodzią - według prawa woda jest dobrem wspólnym, wolno więc pływać wszędzie, gdzie daje się dotrzeć szlakiem wodnym, byle nie dobijać do brzegu. Niektóre rzeki Florydy, jak Santa Fe czy słynna Suwannee, niosą ciepłobrązową wodę zabarwioną od tanin z roślin rozkładających się na bagnach, skąd biorą początek. Rzeki wypływające z mocnych źródeł, mają krystaliczną wodę niemal na całej długości. Popularną rozrywką na przezroczystych rzekach Ichetucknee, Rainbow czy Weeki Wachee jest leniwe spływanie z prądem na nadmuchanej dętce; my woleliśmy przemierzać je z rurką i maską, ciągnąc za sobą kajak na sznurku. Lektura książek o historii Florydy, którymi uprzyjemnialiśmy sobie długie podróże od źródła do źródła, uświadomiła nam, że ta bagnista okolica o dusznym klimacie mimo pozornej niegościnności musi mieć w sobie jakiś przyciągający czar. Legenda głosi, że Hiszpan Juan Ponce de Leon przedzierał się przez Florydę nie popychany żądzą zdobycia bogactw, lecz w poszukiwaniu źródła wiecznej młodości, o którym usłyszał od Indian. Dziś kilka źródeł chwali się tym, że to właśnie ono jest skarbem, którego poszukiwał hiszpański odkrywca. I o ile w tej chwili mało kto przyjeżdża do źródeł, by przywrócić młodość schorowanemu ciału, o tyle w XIX w. co bardziej śmierdzące źródła przeżywały boom uzdrowiskowy. Wybudowano wokół nich kompleksy lecznicze, po których dziś zostały najwyżej dość ponure ruiny, kuracujszy dowoziły przepełnione parowce. Niewykluczone za to, że po zdrowie przypływają do źródeł... ryby morskie, które zadziwieni ichtiologowie wypatrują w słodkiej wodzie, w której nie powinny przeżyć.

Dziś Floryda przyciąga głównie emerytów, kusząc tanimi domami z widokiem na ocean i korzystnymi podatkami. Wielu ściąga tutaj z północnych stanów tylko na zimę. Za kierownicą niemal każdego samochodu kempingowego sunącego po autostradzie prowadzącej na południe siedzi starszy pan w kraciastej koszuli.

rower płynie po to, bysmy mogli dostać się do zostawionego na początku trasy samochodu

Po pierwszym zaskoczeniu na widok plażowego parkingu podczas kolejnych wycieczek okazało się, że na szczęście nie jest to regułą. Szerokie plaże ciągną się kilometrami, pokrywa je piękny biały piasek, a plażowiczów jest zaskakująco mało. Ani razu nie miałam wrażenia, żeby plaża była zatłoczona. Najpiękniejsze i najbardziej dziewicze skrawki plaż znajdziemy w parkach stanowych, np. w Topsail Hill Preserve na północy czy Bill Baggs Cape Florida w samym Miami. Dwa wybrzeża Florydy bardzo się od siebie różnią. Od strony Atlantyku plaża pokrywa niemal każdy kilometr, natomiast od strony Zatoki Meksykańskiej, bliższej mojemu sercu, oprócz plaż spotkamy labirynty zarośli i drobnych wysp oraz muliste brzegi, które przypominają o uważaniu na przypływy i odpływy. Warto tam wziąć kajak i pobłądzić między wysepkami, wypatrywać pelikanów w powietrzu i skaczących delfinów w wodzie, przy Cedar Key odwiedzić opuszczoną wyspę z cmentarzem z czasów prosperity miasta. Plaże leżące na północy i południu Zatoki są dziksze niż od strony Atlantyku i oferują takie atrakcje dla zbieraczy jak miliony muszelek na wybrzeżu wysp Sanibel i Captiva czy zęby prehistorycznych rekinów w Venice (jak mówią autorzy przewodnika Lonely Planet, tylko zupełna ciamajda nie znajdzie choć jednego zęba rekina w ciągu 10 minut). Chyba nie warto przyjeżdżać na Florydę tylko po to, by krążyć między parkami rozrywki w okolicach Orlando, kiedy przyroda skrywa tyle atrakcji, których nie znajdzie się nigdzie indziej.

zęby prehistorycznych rekinów znalezione w Venice

 

więcej zdjęć z Florydy na flickr.com:

[powrót]