Alaska 2002

Gates of the Arctic National Park, Denali National Park

[tekst może trochę nieskładny, bo był pisany dla rodziny i przyjaciół - ale a nuż zainteresuje także kogoś innego]

No i wróciliśmy szczęśliwie o czasie, czyli 25 lipca rankiem. Wyprawa pieknie się udała, mimo tak strasznych niebezpieczeństw jak miliardy komarów, szwendające się po górach niedźwiedzie, przekraczanie w bród lodowatych strumieni, jeżdżenie autobusem po serpentynach nad przepaściami czy latanie w sumie aż siedmioma samolotami. Alaskańskie atrakcje :-).

Od początku najbardziej cienkim elementem całego planu wyprawy na daleką północ było... dostanie się z Gainesville na lotnisko w Orlando. Pokonywanie tej trasy autobusami juz mieliśmy za sobą i nie uśmiechała nam się powtórka, na dodatek trzeba by się wybrać z dobę wczesniej, żeby zdążyć na samolot. Naszym samochodem nie bardzo chcieliśmy jechać ze względu na cenę trzytygodniowego parkowania w Orlando, poza tym znowu się zepsuł, więc w ogóle nie można mu było zaufać. W końcu wypożyczyliśmy samochód w Avisie w gainesville'skim Sheratonie - i to była swietna decyzja. Jechało się przyjemnie, a przy okazji obejrzeliśmy sobie Orlando w okolicach Disneyworldu - ciągnące się kilometrami fastfoody, stacje benzynowe, fantazyjne minigolfy, sklepy z pamiątkami i trudniejsze do zidentyfikowania budynki w kształcie zamków czy udekorowane gigantycznymi głowami plastikowych czarodziejów...

Na lotniskach co 15 minut ogłaszano komunikat, żeby nie zostawiać swoich bagaży bez opieki, bo ze względów bezpieczeństwa mogą zostać wysadzone w powietrze, przed wejściem do samolotu ludzie w gumowych rekawiczkach grzebali pasażerom w rzeczach, trzeba było ściągać buty, choćby to były sandałki, i dać się obmacać maszynką wykrywającą nie-wiadomo-co. Na dodatek przez pomyłkę najpierw poszliśmy z plecakami do bramek, w których powinno się mieć już tylko bagaż podręczny - sprawdzacze zrobili wielkie oczy na widok ukrytych w naszych plecakach noży, ale zupełnie się nie zdziwili, że chcemy wnieść do samolotu kilkadziesiąt kilo bagażu podręcznego, więc przez dłuższą chwilę nie mogliśmy dojść do porozumienia ;-).

góry koło Anchorage

Lecieliśmy trzema samolotami cały dzień - bo z Florydy na Alaskę jest jednak strasznie daleko - aż na noc dotarliśmy do Fairbanks - drugiego co do wielkości miasta na Alasce, mieszkańców jakieś 80 tysięcy, w samym środku stanu - który jest 5 razy większy od Polski i sam zajmuje chyba z 1/5 USA. Fairbanks leży wystarczająco daleko na północ, żeby latem nocą nie robiło się ciemno, więc z łatwością zaraz wypatrzyliśmy las koło lotniska i rozbiliśmy w owym, zakomarzonym niestety, lesie namiot. Następny dzień spędziliśmy na łażeniu po mieście, które jest okropnie rozwleczone, a w centrum przypomina trochę miasta NRD. Kolejnego dnia ruszyliśmy na północ z chyba jedyną firmą która wozi ludzi po tzw. Dalton Highway - słowo "highway" niech nikogo nie zmyli - to jest nieasfaltowana droga dla ciężarówek, na którą domy na kółkach boją się zapuszczać (cena holowania z miejsca, gdzie diabeł mówi dobranoc, do względnej cywilizacji musi być zabójcza). Kierowała dziewczyna - Alice, poza tym jechała z nami jedna młoda parka, trzech "doswiadczonych turystów" koło pięćdziesiatki, których po wysłuchaniu serii dobrych rad i przechwałek nazwaliśmy na własny użytek "Wilkami" (w nawiązaniu do wilków morskich oczywiście) i fajny Niemiec w naszym wieku - pilot czterosilnikowych samolotów. Spędziliśmy razem 12 miłych godzin ściśnięci w uświnionej po sam dach furgonetce toczacej się po raz ubłoconej, raz zapylonej drodze biegnącej setki kilometrów przez kompletne pustkowie w towarzystwie jedynie wielkiej rury z ropa naftowa. Atrakcje po drodze (oprócz lasów, tundry i rury): Joy, Alaska - dom rodziny hippisów, która z zamiarem osiedlenia się "na końcu drogi" i posiadania osiemnasciorga dzieci przyjechała tu kiedyś szkolnym autobusem i już została, wielki most na wielkiej rzece Yukon, krąg polarny z okolicznościową tablicą do fotografowania (nie skorzystaliśmy, jako że to nie był nasz pierwszy raz), Coldfoot - miejsce z barkiem, pocztą i ostatnią stacją benzynową przed oddalonym o 400 kilometrów Oceanem Arktycznym i Wiseman - urocza wioska założona przez poszukiwaczy złota (pogadaliśmy sobie z bardzo miłą i dociekliwą Panią Eskimoską i stadkiem jej równie dociekliwych córek). W żadnym z tych miejsc na końcu świata nie mieszka więcej niż 30 osób.

Wiele dalej nie zajechaliśmy - wysiedliśmy przy jednym ze strumieni razem z trójką Wilków i zaczęliśmy iść w stronę gór i Parku Narodowego Gates of the Arctic (czyli Wrota Arktyki - stoją tam tak właśnie nazwane dwie wielkie góry obok siebie). Park jest ogromny i w ogóle niezagospodarowany, czyli nie ma żadnych szlaków, dróżek (poza wydeptanymi przez zwierzęta), nie mówiąc już o schroniskach czy sklepach. Zajmuje zaszczytne drugie miejsce na liście najrzadziej odwiedzanych parków narodowych w USA. Nielicznych przybyszy ostrzega się, że nie będą w stanie ujść więcej niż 5 mil dziennie (zwykle to prawda) i straszy niedźwiedziami, zalecając pożyczenie od strażnika parkowego niedźwiedzioodpornej puszki do przechowywania jedzenia (za ciężka - nie wzięliśmy), zakup odstraszającego sprayu (nie byliśmy w stanie wyobrazić sobie siebie psikających sprayem prosto w niedźwiedzią mordę - też nie wzięliśmy) i hałasowanie w krzakach (na wszelki wypadek uwiesiliśmy sobie u plecaka antyniedzwiedzi dzwonek). Wilcy oczywiście mieli i puszkę, i spray, a wchodząc w zarośla, profesjonalnie, głosno pohukiwali. Szybko się jednak rozstaliśmy - zostaliśmy więc z samym dzwonkiem, ale przez 2 tygodnie żadnego niedźwiedzia nie spotkaliśmy - ani grizzly, ani... tego drugiego (nie mogę zapamiętać, który jest "czarny", a który "brunatny"). W ogóle mało tam widzieliśmy zwierząt - tylko jednego reniferka biegającego bez ładu i składu po zboczu góry, przytulonego do drzewa jeżozwierza, poza tym orła, kruki, jakieś rybitwy. Za to śladów masę - niedźwiedzich też, i wilczych - a nawet parę niepokojąco wyglądających świeżo obgryzionych kości.

Zabawne, że łaziliśmy po parku, posługujac się mapami i wspomnieniami podróżnika Roberta Marshalla, który zachwycony eksplorował te okolice 70 lat temu. Bardzo były przydatne - przez ten czas nic się nie zmieniło. Do dziś tylko te góry, doliny, strumienie i przełęcze mają swoje nazwy, którym nadał je Marshall. Wśród nich Mount Doonerak - czyli Duch - najefektowniejsza góra w okolicy, o której pisał w swoich wspomnieniach prawie na każdej stronie, i marzył, żeby na nią wejsć.

Długo nie spotykaliśmy nikogo, potem w ciągu godziny zobaczyliśmy 5 osób, które prawdopodobnie wysypały się z helikoptera, a parę dni później jeszcze jednego gościa - i tyle. Szło się rzeczywiście powoli - najczęściej wzdłuż strumieni po kamieniach, po zboczach gór, po skałach, po złośliwie zrzucających człowieka kępach trawy, po śniegu, po podmokłych łąkach i - najprzyjemniej - po suchej tundrze. Przedzieraliśmy się przez krzaki po kolana, po pas albo i większe od nas, co z plecakiem jest straszną robotą. No i dziesiątki razy musieliśmy sciągać buty albo i portki i przełazić przez rwące i lodowato zimne potoki - nieuniknione uroki Północy. Niemal stale towarzyszyły nam dzikie chmary komarów - bo Arktyka latem, kochani, to żadna tam ziemia skuta lodem, tylko podmokła i bagnista - dla komarów raj. Raj też dla cudnych drobnych kwiatków, którym z upodobaniem robiliśmy zdjęcia.

Na szczęście pogoda była niesamowicie dobra - paskudnie było tylko w dzień naszego przyjazdu, potem zrobiło się strasznie ciepło, czasem tylko padał lekki deszczyk (więc średnio co drugi dzień widzieliśmy tęczę). Gdyby nie komary, można by było chodzić w krótkich spodniach i koszulkach bez rękawków. Przez całą dobę było jasno, więc wkrótce nam się wszystko przestawiło: kładliśmy się spać o 3 nad ranem i nie wstawaliśmy wcześniej niż w południe, wychodziliśmy o 3 po południu.

dolina Graylime Creek, Gates of the Arctic National Park

Po około 2 tygodniach skończyło się nam jedzenie, dokładnie dzień przed dojściem do celu - eskimoskiego miasteczka na przełeczy - Anaktuvuk Pass. Pierwszy widok trochę nas przygnębił, bo po lapońskich domach z bali, które widzieliśmy rok wcześniej w Finlandii, niefajnie prezentowały się paskudne amerykańskie domy z dykty. Ale ludzie byli tak dla nas mili - że nam się spodobało :-) W Anaktuvuk Pass mieszka 300 osób, głównie Nunamiutów ("lądowych" Eskimosów, ciemnych i skośnookich - kilkadziesiąt tysięcy lat temu przyszli tu po lodzie z Azji), trochę białych, m.in. policjant (zastanawialiśmy się, czy się ucieszył z takiej placówki, tym bardziej że wioska ponoć zachowała strukturę plemienną...). Mówią po swojemu i po angielsku - młodzi starannie, jak w szkole, ale starszych trudno nam było czasem zrozumieć. Mało jest samochodów, bo nie ma za bardzo gdzie nimi jezdzić, ludzie zasuwają za to po ulicach na czymś w rodzaju quadów na grubych kołach - czterech albo osmiu (te wygladają jak miniaturowe czołgi). Latem można się tam dostać tylko na samolotem - na lotnisku w miasteczku co chwilę coś ląduje. Mieliśmy pół dnia czekania na samolot do Fairbanks, więc po nakupieniu jedzenia w jedynym sklepie (wszystko jest, ale okropnie drogo, bo przylatuje samolotem, za to w cenie nie ma podatku - jak na całej Alasce) rozłożyliśmy się za kosciołem stojącym na górce. Potem przeniesliśmy się na lotnisko - zleciało się z 5 małych samolocików, a potem nasz - najwyżej ośmioosobowy, ale lecieliśmy tylko z pilotem i starym Eskimosem, który pokazywał nam z góry, którędy łażą owce i raczył podobnymi ciekawostkami. Trasę, którą jechaliśmy samochodem przez 12 godzin, pokonaliśmy ledwie w półtorej i wylądowaliśmy na lotnisku w Fairbanks w części dla małych samolocików - były ich tam setki, niektóre kołysały się na płozach na długim jeziorze dla hydroplanów.

Powrót do cywilizacji zaczął się od natychmiastowego spisania mnie przez policję z powodu podejrzanego przesiadywania na trawie koło lotniska w oczekiwaniu na Piotrka i wynajęty samochód. Bo ponieważ zostało nam jeszcze parę dni, postanowiliśmy pożyczyć samochód i pojechać zobaczyć to, po co Amerykanie z "lower 48" (czyli tych "niższych", południowych 48 stanów) pchają się na Alaskę - czyli Park Narodowy Denali i najwyższą górę USA Mount McKinley. Jechało się prawie pustą szosą, czasem nas tylko mijały domy na kółkach (wielkości autobusów, plus na haku ciągnięty samochód, najlepiej jeep, na dachu kajaki, z tyłu 5 rowerów) i ogromne ciężarówy. Wielka masa domów na kółkach gromadziła się dopiero w pobliżu parku. W okolicy przy drodze wyrosły nagle budy z pamiątkami i podobna architekturka obwieszona paskudnymi tablicami reklamowymi podobna do tej, którą można zobaczyć, wieżdżając do Warszawy. Sam park jest państwem w państwie, i dobrze, wjeżdżać prawie nikomu tam nie wolno, żadnej komercji (czyli nawet kawy ani automatu z colą), chcąc spać pod namiotem, trzeba pobrać zezwolenie na nocowanie w danej strefie (i antyniedźwiedzią puszkę), ognisk palić nie wolno, na polach namiotowych jest zarządzona cisza nocna i tym podobne rygory. Zezwoleń jest chyba niewiele, bo po pierwsze na te najpopularniejsze tereny są bardzo szybko rozbierane, po drugie, gdy po tych najpopularniejszych okolicach chodziliśmy przez dwa dni, nie widzieliśmy prawie nikogo. "Przepustki" są wprowadzone po to, by utrzymać dziki charakter parku, w tymże celu nie ma tam też szlaków i można chodzić wszędzie - ale ponieważ bywa tam o wiele więcej ludzi niż w Gates of the Arctic i - jak to Amerykanie - przemierzają oni zwykle te same trasy, są tam wydeptane całkiem porządne ścieżki.

Przez park prowadzi jedna malownicza niezwykle droga, po której kursują autobusy - takie jak szkolne, tylko inaczej pomalowane. Są dwa rodzaje zielonych i jeden rodzaj szarych, wszystkie należą do tej samej firmy. Dla ludzi z namiotami są najtańsze - "campery" - z tyłu nie mają siedzen, żeby było gdzie kłaść plecaki. Potem są"zwykłe" zielone - jeżdżą nimi amatorzy wypatrywania i fotografowania dzikiej zwierzyny. Gdy ktoś zobaczy zwierzynę, głośno daje o tym znać, np. krzyczy: "Niedzwiedz!" albo: "Renifery!" - autobus natychmiast się zatrzymuje i wszyscy rzucają się do okien z lornetkami i aparatami. Bardzo to zabawnie wygląda. Poza tym są szare autobusy z napisem "Tundra wildlife tour 5... 10... 40..." - jeżdżące z hoteli, wypełnione po brzegi emerytami i kosztujące dwa razy tyle co autobusy zielone. Szarymi oczywiście nie jeździliśmy, ale oboma rodzajami zielonych - tak. Kierowcy (trafiły się nam same kobiety), choć jadą po wąskiej drodze z przepaściami bez zabezpieczeń, cały czas opowiadają o parku, zwierzętach i McKinleyu, i na dodatek wypatrują zwierząt. Dzikie zwierzęta czasem objawiają się jako niedostrzegalna okiem nieuzbrojonym biała (owca) lub płowa {niedźwiedź) plamka na odległym zboczu góry, ale jak się ma szczeście, to można je zobaczyć z bliska - bo chyba rzeczywiście jest ich w Denali jak psów. Renifery po Laponii nie zrobiły na nas większego wrażenia, ale zobaczyć niedźwiedzia wałęsającego się po szosie parę metrów od autobusu, stającego co chwilę na dwóch łapach - to naprawdę było coś! Nawet widoki McKinleya zeszły na dalszy plan - choć i w tym wypadku mieliśmy niesamowite szczęście, ponieważ ponoć ledwie 5% odwiedzających park ogląda to, po co przyjechali - najwyzszą górę USA w całej okazałości. Powietrze tam tak jakos cyrkuluje, ze góra ciagle siedzi w chmurach i czasem nie widać jej wcale. Kiedy pierwszego dnia wieczorem wypatrywaliśmy jej z szosy, wiedząc, że powinna być już widoczna, zobaczyliśmy tylko chmurki. Potem zaczęliśmy podejrzewać, że a nuż to nie chmura, ale góra... Dojechaliśmy do punktu widokowego z zainstalowanymi lunetami. Popatrzyłam - i mówię zawiedziona do Piotrka, że, trzeba wrzucić monetę, bo lunety pokazują tylko podłożone zdjęcie McKinleya. Bo było widać z bliska śnieg na zboczu i chmurkę... Ale to była prawdziwa chmurka i prawdziwy śnieg - tylko biała góra w białych chmurach na białym niebie nie jest najłatwiejsza do wypatrzenia. Przez następne dwa dni było już McKinleya widać fantastycznie. Amerykanie mają na jego punkcie fioła i nic dziwnego: wśród o wiele mniejszych, zwyczajnych gór wygląda on jak gigantyczna kopa bitej śmietany, jak jakiś prezent dla kraju. Zupełnie jak z innej bajki, łatwo więc sobie wyobrazić, że mogłoby go nie być (no i zwykle, gdy siedzi w chmurach, nie ma po nim śladu).

Reszta parku też jest cudna. Wielokolorowe góry, żółte, fioletowe i niebieskie kwiatki, nawet kamienie w rzekach są kolorowe (a woda oczywiście potwornie zimna). Pierwszego dnia zepsuł się autobus, którym jechaliśmy, więc zarzuciliśmy plany wycieczki i po prostu spacerowaliśmy po górkach. Drugiego dnia Piotrek zaplanował, ze między pierwszym a ostatnim autobusem w jakieś 7 godzin zdążymy zrobić wycieczkę polecaną na dwa dni, co się skończyło 20-kilometrowym prawie-biegiem po górach, żeby ten ostatni autobus nam nie uciekł. Ledwie zdążyliśmy się rozejrzeć po zjawiskowo pięknej okolicy, ale zobaczyliśmy i renifery, i wiewiórki, i ptarmigany i jakieś kozopodobne zwierzęta na szczytach gór.

Mount McKinley, Denali National Park

Na ostatni dzień wróciliśmy do Fairbanks. Najpierw pojechaliśmy zobaczyć miasteczko North Pole (oczywiście bynajmniej nie na biegunie, nazwane tak przed laty, by przyciągnać producentów zabawek, żeby mogli je reklamować jako pochodzące z Bieguna Połnocnego; sprytne, nie?) - siedzibę amerykańskiego świętego Mikołaja. Mikołaj ma wielki biało-czerwony dom, a w nim gigantyczny sklep z pamiątkami i bożonarodzeniowymi świecidełkami. Robi wrażenie. Potem jeszcze pojechaliśmy do Alaskalandu - chyba najfajniejszego miejsca w Fairbanks. Są tam zwiezione z okolicy stare chałupy z bali (w środku sklepiki), wielki parowiec, wąskotorówka, muzeum po prostu zawalone starymi samolotami, silnikami, częściami i gadżetami lotniczymi związanymi z Alaską, wagon, którym podróżował ktoryś tam prezydent, odtworzona kopalnia złota i podobne atrakcje - a największą popularnością cieszy się jadłodajnia z łososiami pod gołym niebem, do której niebieskie tym razem szkolne autobusy zwożą klientów ze wszystkich hoteli w mieście.

Ostatnią noc przesiedzieliśmy na lotnisku, bo nie chcieliśmy sią już narażać komarom w lesie. O 6 rano wylecieliśmy z Fairbanks i znowu po dwoch przesiadkach, tym razem w Seattle i Minneapolis (wcześniej - w Detroit i Anchorage, czyli już na Alasce) o północy byliśmy w Orlando (na najnudniejszym chyba lotnisku w Stanach, choć ponoć jest to po Paryzu drugie miasto, do którego przyjeżdża najwięcej ludzi na świecie). Gdzieś nam się po drodze zgubiły 3 czy 4 godziny, tropikalna burze było widać już z samolotu, bo pioruny waliły między chmurami, a jak tylko wysiedliśmy, uderzył nas charakterystyczny, dość okropny wilgotny i gorący zaduch. I pierwszy raz po 3 tygodniach było ciemno... Dziwne ;-) Znowu wynajęliśmy samochód, po drodze o 3 w nocy nakupiliśmy jedzenia w gigantycznym supermarkecie w jakiejś wiosce i o 6 rano byliśmy w Gainesville.

I po wakacjach :-)

 

więcej zdjęć z Alaski na flickr.com:

[powrót]